Wułefowo.

Październik 6, 2008

Ok, spóźnione wszystkiego najlepszego dla wszystkich dziewczyn z wąsami z okazji Dnia Chłopaka.

Z tej to właśnie okazji dostaliśmy klasowo po kubku i zdjęciu naszych czterech dzierlatek. Na kubku był napis “~ALGO”, niestety zniknął po pierwszym myciu. Zdjęcie też gdzieś wsiąkło xD. Przy okazji przypomniało mi się, jak w gimnazjum na tablicy korkowej mieliśmy napis “Dzień Chłopaka”. Już po chwili wisiał “Dzień pachołka”.

Dobra, teraz nawiązanie do tematu notki. W zeszłym tygodniu na algorytmicznym WFie graliśmy w parodię koszykówki. Już na rozgrzewce padła komenda “w prawo zwrot, naprzód marsz”. Niby nic dziwnego, ale w naszej klasie wyglądało to tak, że 30 facetów pchało się na ścianę zgniatając tych, którzy ścianę już osiągnęli. Oczywiście ktoś jeszcze stwierdził, że się zapętliliśmy. Sama gra była równie pokraczna, ale trudno, jak się zapisywałem do tej klasy wiedziałem jak to będzie wyglądać. A dziś dla odmiany, jako że mieliśmy 2 godziny WFu, poszliśmy do parku Jordana. Wszystko fajnie, ale boiska zajmowali chuligani z I LO. Trochę im wybaczam ze względu na Radzia, ale to i tak ich do końca nie usprawiedliwia. Alternatywą dla gry w cokolwiek z piłką okazało się bieganie. No i tak sobie radośnie biegaliśmy z panią studentką na wszelkie możliwe sposoby kobinując którędy biec, żeby biec jak najmniej. Potem wróciliśmy w celu pobawienia się w jakieś przedszkolne duperele, na przykład coś jakby przekazywanie iskierki (że trzyma się dłoń osoby obok, i po takim kółku idzie sobie przekazywany uścisk dłoni, wiadomo o co kaman, zawsze kończyło się tak, że każdy chciał jak najmocniej zgnieść rękę tej drugiej osoby =P) tylko że inne. Gdy Radzio i spółka zwolnili boiska od razu zostało to zauważone. Ktoś jeszcze stwierdził, że chodźmy grać i że nie będziemy się w jakieś głupoty bawić. No, i w ten sposób skończyła się lekcja pani studentki, nawet nie próbowała nas zatrzymywać xD.

Potem z Lajkrą poszliśmy na sks. Najfajniejsze w s(e)ksie jest to, że szatnie są koedukacyjne. Serio. A tak poza tym, to miałem dziś drugi niemiecki w tej szkole, podobnie sprawa miała się z geografią. I paradoksalnie w klasie mat-inf od początku roku mieliśmy tylko jedną informatykę.

Biszkopt

Ps. Byłem tam, ha! +3 do popularności wśród tró-hc-punk-girls-under-13.


1701867809.

Wrzesień 26, 2008

Tytuł notki jest liczbą pierwszą, którą po 24 godzinach pracy wygenerował nasz program służący do… generowania liczb pierwszych.

Nie żebym nie miał lepszych rozrywek niż program wypisujący liczby pierwsze, ale przecież jestem na obozie naukowym. Obóz naukowy polega na tym, że na 10 facetów przypada jedna dziewczyna. Obóz naukowy jest jakby jedną wielką klasą algo. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu są tu prawie sami uczniowie klas E, czyli oprócz jednej dziewczyny, na 10 mężczyzn przypada 9,83 laptopa. Przywieziono tu nawet drukarkę laserową, bo tablice i projektor multimedialny to norma.

Przeciętny dzień zaczyna się, paradoksalnie, w środku nocy. Już o 8.45 jest śniadanie. Śniadaniem nazywamy talerzyk, na którym leży ilość masła wystarczająca do posmarowania trzech małych kromek chleba, a także 4, w porywach do 5, plasterki wędliny. Jem to w sposób bardzo sprytny, godny asów wywiadu, którzy muszą sobie radzić w samym sercu tajgi syberyjskiej (Albo tundry? Albo ani tajga ani tundra nie jest na Syberii…?). Mianowicie – smaruję kromkę chleba masłem i kładę na nią 2 kawałki szynki. To wszystko przykrywam drugą, nieposmarowaną kromką. Generalnie wędliny wyczuć się tam nie da, więc popijam “kanapkę” herbatą. Czego jak czego, cukru mają chyba pod dostatkiem. Chleb popity taką herbatą smakuje jak drożdżówka. Obiady nie lepsze, kolacje tak samo. Łazienki mają rozmiary porównywalne do szafy, siadając na kiblu należy uważać, żeby nie wybić sobie zębów o umywalkę. No ale miało być o typowym dniu na obozie naukowym.

Po śniadaniu 2 godzinki zajęć z matematyki. Jest fajnie, wszyscy zaspanymi oczkami tępo wpatrują się w tablicę próbując zrozumiać wzory, symbole, oznaczenia, równania i inne tłumaczenia. Nie no, żart. Akurat zajęcia z matematyki są w porządku. Po zajęciach (godzina 11.30) 2 godziny wolne, bo dopiero za 2 godziny będzie obiad (13.30, wczesny ranek). Ten czas można poświęcić na przykład na rozwiązywanie zadań na jutrzejsze zajęcia, pisanie programów, które muszą zostać zaliczone do końca września i tak dalej. Ja najczęściej leżę na łóżku nie robiąc nic, czasami gram na laptopie. Mówiłem już, że na terenie całego ośrodka jest Internet? Jak nie to mówię. Co prawda jedna Neostrada, z której chce korzystać 50 osób z laptopami to trochę mało, ale wszystkiego mieć nie można.

Po obiedzie zaczynają się wykłady. Każdy trwa godzinę, niektóre odbywają się równocześnie z innymi, większość jest niezrozumiała, pozostałe i tak nie są porywająco ciekawe. Na wykłady można nie chodzić. Nikomu nie robi różnicy czy śpi się w pokoju czy przy pierwszym stoliku (oczywiście oprócz osoby śpiącej, stoliki z natury nie są zbyt wygodne). Tematy wykładów bywają różne – od algorytmów tekstowych (algorytm Manachera, wyszukiwanie najdłuższych prefikso-sufiksów itd.) przez algorytmiczną teorię liczb (test pierwszości ASK, szukanie długości cyklów) po lingwistykę, działanie grupy na zbiorach oraz teorię informacji. Ludzie różnie zachowują się po powrocie do pokoju. Łukasz na pytanie “jak było?” wybuchnął śmiechem, Zygmunt narzekał, że ktoś ciągle go budził albo usprawiedliwiał nierozumienie wykładu nieznajomością jakiegoś mądrego słowa. Dobrą chwilę zajęło nam ustalenie, o jakie słowo chodziło. W końcu okazało się, że była to “entropia”. Użyliśmy google’a. Pierwszy link z Wikipedii: “Entropia jest to termodynamiczna funkcja stanu, określająca kierunek przebiegu procesów spontanicznych (samorzutnych) w odosobnionym układzie termodynamicznym. Jest wielkością ekstensywną.”. Całkiem fajnie, jednak okazało się, że to nie o tą entropię chodziło. Właściwa entropia nie ma już tak fajnej definicji, ma za to ciekawy wzór, wygląda on tak:
Image Hosted by ImageShack.us
Pokazaliśmy go Dawidowi. Dawid po chwili namysłu stwierdził “No, to ha od iks chyba kojarzę.”.

Po wykładach, w godzinach popołudniowych (18.15), kolacja, po kolacji wieczorynka. Nie, nie taka wieczorynka. Taka inna. Chodzi o wieczorny wykładzik-lajcik. Wieczorynki są fajne, pierwsza dotyczyła kryptografii niestosowanej. Brzmi nieźle, ale powiem tylko, że nauczyliśmy się łamać niewyobrażalnie dobrze zabezpieczone hasła na GG. Na kolejnej wieczorynce poznaliśmy kilka ciekawych wzorów oraz dowiedzieliśmy się, co robić by kromka nie spadła na stronę z masłem. Wszystko poparte obliczeniami. Po wieczorynce zdaża się jeszcze jakieś omówienie zadań z konkursu informatycznego czy coś.

Od północy cisza nocna, której wczoraj nie było. W pokoju obok mieszkają dziewczyny, mamy z nimi wspólny balkon, nie było ciszy nocnej… I co? Sęk w tym, że nic. To jest dramat, że nawet w takich okolicznościach nie warto wychodzić z pokoju, bo najnormalniej w świecie nie ma do kogo pójść. Efektem braku ciszy nocnej była moja nieobecność na śniadaniu oraz fakt, że z łóżka wyszedłem ok. 13.30. A wyszedłem tylko po to, żeby pójść do sklepu. Sklep jak sklep, spodobała mi się wisząca przy alkoholach kartka z napisem wykonanym przy pomocy długopisu “Kredytu nie udzielamy”. Wracam we wtorek.

Biszkopt

Ps. Na pożegnanie zdjęcie z Bułgarii, tytuł zdjęcia: “Impossible is nothing”. Kilka chwil później Michaś spadł wiadomo na co. Aż było czuć pod nogami jak zatrzęsła się podłoga, zacząłem się zastanawiać skąd Michasiowi wystawać będzie kręgosłup i jak szybko krew ścieka po ścianie. Na szczęście Michaś wstał i powiedział tylko, że boli go palec.


V.

Wrzesień 20, 2008

Nie wiadomo kiedy zaczął się wrzesień. A co za tym idzie – przyszedł też czas na 69-tą rocznicę wybuchu Wiadomo Której Wojny Wiadomo Jakiej i początek roku szkolnego.

Pierwszy dzień w nowym liceum niczym się nie wyróżniał. Jak zwykle uciekł mi autobus.
Po 2 tygodniach nauki stwierdzam, że w porównaniu do gimnazjum jest tu fajnie. 6 z informatyki można dostać za napisanie konkursu ortograficznego lepiej od nauczyciela, na algorytmice siedzimy w czapkach z gazety podczas gdy nauczyciel uczy nas jak powinno się bezpiecznie spać na lekcjach, ksiądz na religii namawia nas do wstąpienia do Klubu Abstynenta oferując w zamian litr wódki na osiemnastkę, nauczycielka polskiego jako budzik w komórce ma ustawioną piosenkę pt. “W aucie”, a kobieta od biologii nie ma nigdy dla nas czasu i od początku roku mieliśmy z nią niecałe dwie lekcje.

W czwartek wróciłem z obozu integracyjnego. Jechaliśmy my, czyli 1E (mówiłem już, że gość od WOSu mówi na nas tranzystorki, ksiądz nazywa nas cyborgami, a od jednej dziewczyny usłyszałem o “chodzących soft’ach”? xD), 1 Fu czyli biol-chem, a także 1A, czyli human nad humanami. My nie lubimy humanów, nas nie lubi nikt, więc integracja w takim gronie nie była sprawą prostą. Ale zaczynając od początku – jedziemy sobie spokojnie do Bukowiny, aż w pewnym momencie zaczęło się dymić spod siedzeń na końcu. Na końcu oczywiście siedziałem ja z Zygmuntem. Oprócz dymu w całym autobusie zaczęło śmierdzieć benzyną. Zaczeliśmy się zastanawiać o co kaman, czy to terroryści czy też humany bawią się w “Mamy cię!”. Ostateczna wersja jest taka, że biol-chemy chciały nas wysadzić. Pożytku nie było z tego żadnego, bo przesadzili nas do jakiegoś PKSu, a pozostałe klasy musiały na nas czekać z obiadem.
Co do samego obozu – w życiu nie widziałem takiego szwedzkiego stołu. Jajecznica, paróweczki, 3 rodzaje chleba plus bułki, płatki kukurydziane i wszelakie inne Neskłiki, pasztety, szynki, pączki, drożdżówki, ciastka, dżemy, sery, sałatki, 3 różne rodzaje herbat i w ogóle. Nie wiem czy dało się przez te 4 dni spróbować wsyzstkiego. W pokoju fajne łazienki z fajnymi kafelkami, telewizor z HBO, Eurosportem itd. Kawa dostępna o każdej porze dnia i nocy (i bardzo dobrze, dziennie piłem około 7-miu), tak samo wrzątek, co umożliwiało konsumpcję kiślów.
Jedyne co mogło zepsuć cały obóz to cisza nocna i jakieś debilne kary rodem z podstawówki w stylu pompek za rozmowy po 22. W sumie cisza nocna ograniczała się do zakazu wrzeszczenia na cały ośrodek, siedzieć w cudzych pokojach (albo w swoim ale za to z towarzystwem) można było do rana. Zajęcia z psychologami dało się przeżyć, podobno jestem sangwinikiem. Fajne słowo nie? Pogoda była taka, że połowa klasy jest chora.
Zawsze myślałem, że to ja dużo siedzę przy kompie, okazuje się, że żyłem w wielkim błędzie. W ośrodku były komputery i wi-fi (w sumie samo wi-fi by wystarczyło, oprócz mojego w klasie było 6 laptopów i toster xD), pomyślcie sobie czy moi koledzy z klasy, bądź co bądź, mat-inf, mogli przejść obok tego obojętnie? Oczywiście, że nie. Nawet podczas obiadów ciągle słyszało się o runtime errorach i błędach kompilacji. Właśnie dlatego ludziom z humana wmawiałem, że jestem z biol-chemu i na odwrót xD. Podobnie mówiąc o gimnazjum używałem numeru 52, niestety, tym razem było kilka osób, które wiedziały o co kaman.
Jeszcze przed odjazdem pożegnałem Kasię, która przepisała się do V, gdyż stwierdziła, że Jej dotychczasowa szkoła jest beznadziejna. To się porobiło… xD.

Wczoraj byłem rekreacyjnie w szkole. Rekreacyjnie, bo pojutrze jadę na obóz naukowy i wracam 30 września. Czyli ostatniej nocy będę miał imieniny. Chyba z tej okazji napiszemy sobie jakiś fajny imieninowy program w C++.

Biszkopt
Ps. 2 dni temu minął rok, od kiedy założyłem tego bloga :-).


Wakacyjno.

Sierpień 27, 2008

Cześć, ostatni raz pisałem tu tak jakby no prawie wczoraj, od tamtej pory w zasadzie nie wydarzyło się nic ciekawego.

No niby byłem w Bułgarii. Niby balowaliśmy na dyskotekach do 3-4 nad ranem, niby o 2 w nocy skakaliśmy na batucie, niby pokoje miały rozmiary komórki pod schodami Harry’ego Pottera ale co z tego? Przecież nie to jest w życiu najważniejsze. Najważniejsze nie jest również to, że Mirek przedostatniej nocy zgubił aparat Michasia ze wszystkimi zdjęciami, ani to, że z Ukraińcami zaprzyjaźniliśmy się mówiąc jedynie “Euro 2008″, ani też nie to, że średnio każdej nocy byliśmy zapraszani do 4 różnych pokojów zamieszkanych przez osobniczki płci przeciwnej. Niestety, w większości ich inteligencja była porównywalna z inteligencją doniczki ozdobnej z takim brokacikiem po bokach. I nie chodzi o to, że się wywyższam czy coś, ale są chwile, gdy ludzka głupota boli. My umieraliśmy w męczarniach. Co w takim razie jest najważniejsze? Nie wiadomo!

Potem było Rytro, którego tak naprawdę nie było. Największe nieporozumienie wszechczasów. Do teraz żałuję, że za tego Kangura po prostu nie wziąłem głupiej, gumowej linijki. Albo czegokolwiek innego, długopisu, gumy do żucia, chusteczek higienicznych. Mogłem nawet niczego nie brać, byleby tylko tam nie jechać. Walić, na moim miejscu Bruce Willis na pewno jakoś by sobie poradził, pewnie wysadziłby ośrodek, stołówkę, wysadziłby pobliski sklep monopolowy albo wysadziłby siedzibę straży pożarnej znajdującą się naprzeciwko ośrodka.

Po powrocie był wyjazd do Kryspinowa, grill u Davida, impreza pożegnalno-powitalna u Michasia… Wszystko działo się tak dawno, że nawet nie wiem co mógłbym opowiedzieć. Napiszę tylko, że Gibon zamordował swoją skarpetkę, a Michaś w Londynie kupił kolejnego Singstara.

A, jeszcze Pyromachina na błoniach była. Wiecie jak wygląda współczesna sztuka? Robicie smoka z tektury i go podpalacie. To, czy będziecie sławni, zależy tylko od gabarytów smoka. Im większy tym lepszy! Generalnie całe to mizerne show było stratą czasu, no może za wyjątkiem tego co działo się na samym końcu.

Pojechałem sobie jeszcze do Zielonej Góry, zwiedzać dziadków i inne fragmenty rodziny. Z nudów wybrałem się na żużel. Najfajniejszy był moment jak na tor wjechała karetka, bo dwóch zawodników postanowiło sprawdzić bezpieczeństwo band. Bandy spisały się na medal. Powrót z Zielonej Góry był równie hardkorowy, prawie 2,5 godziny opóźnienia. A że normalnie jedzie się stamtąd ponad 8 godzin, to miałem czas myśleć nawet o zbieraniu grzybów w lesie, obok którego, z nieznanego powodu, się zatrzymaliśmy. Pan Konduktor powiedział, że wcale nikt nie ukradł nam torów, ja mu wierzę.

Częściowo w czasie mojego pobytu w ZG nasi dzielni sportowcy walczyli z brakiem profesjonalizmu w polskich związkach i w ogóle z całym światem. Z pełnym poświęceniem wstawałem o nieludzko wczesnych porach i przełożyłem termin powrotu żeby obejrzeć Polska-Brazylia. I po co? Wyglądało to jak bojkot igrzysk, wolny Tybet i Gruzja, ale czemu akurat po zakończeniu fazy grupowej? No, ale już za 4 lata Londyn. Ciekawe tylko, jaka wtedy będzie okazja do niezdobywania medali?

W zeszłym tygodniu jeszcze sobie z naszym szalonym Mirusiem poszliśmy do Imbiru na koncert. Zaczęło się z “małym” poślizgiem, ale w sumie było fajnie. Spotkaliśmy osobników z naszej Pistacjowej Szkoły, ale chyba mamy kazały im szybko wrócić, bo około 21 wsiąkli. Mirek nawiązał kontakt z dwoma Hiszpanami, którzy okazali się Baskami, przeze mnie znów wokalista musiał łapać sobie statyw, nic szczególnego. No, może byłem trochę bardziej poobijany niż zwykle, ale zdobyte w dzieciństwie doświadczenie zaprocentuje w przyszłości (nie wiem o co chodzi, tak jakoś mi się napisało). Potem jeszcze w Galerii podziwialiśmy palący się kosz na śmieci i spacerowaliśmy po opustoszałym dworcu, prawie jak w takiej jednej książce o takim chłopcu, którego koleżanka powiedziała mu, że cośtam i on się wtedy tak strasznie przejął tym. Kojarzycie?

Wiem, że i tak nikt do tego miejsca nie doczyta, ale wiersz. Tytuł: “Regał ał łał”.

Stoi.
Wciąż stoi.
Stać będzie zawsze.
Regał ał łał.

Chodzi o to, że w życiu są rzeczy ważne, podstawowe i fundamentalne, bez których – co tu dużo mówić – po prostu byłoby nudno. O co dokładnie kaman? O kieszonkowe i empetrójkę, rzecz jasna.

Biszkopt

Ps.


Bułkarnia.

Lipiec 4, 2008

Jutro wcześnie z rańca wyruszamy do Bułgarii kraść kebaby. No, nareszcie.
Tym razem bez grilla (bo co za frajda jeść gorące kiełbaski, kiedy za oknem jest 50 stopni), ale i tak powinno być fajnie. Ekipa, morze i w ogóle ;-). Cześć pa, wracamy 16 lypca.
Dziś miałem okazję poznać połowę (?) swojej przyszłej klasy. Jest Zygmunt, więc spoko. Tylko jeszcze muszę sobie wymyślić kogo będę udawał żeby mnie wszyscy lubili, bo w nowej szkole to koniecznie trzeba kogoś udawać. Może powiem o wujku właścicielu Interii (wiadomo o co chodzi) albo o tym, jak w gimnazjum nikt mnie lubił, bo byłem najprzystojniejszy (ok, to pewnie tylko Gibon załapie xD). Albo zacznę udawać szarmanckiego informatyka-romantyka-paralityka, który z miłości zapchał swojej wybrance skrzynkę mailową ofertami drogich, szwajcarskich zegarków. Wszystkie na to polecą.
Z Biszkoptowego kalendarza: 2.07 minął rok od pierwszej próby naszego zespołu z perkusistą. Wtedy również nagrana została piosenka (jak to dumnie brzmi, piosenka) pod tytułem Daria Wypych. Mieliśmy wtedy tylko jednego elektryka, teraz mamy 3 i bas, a grać wciąż za cholerę nie umiemy.
3.07 minął rok od koncertu Red Hotów. Znalazłem się tam przez przypadek, dzień wcześniej, po powrocie z wyżej wspomnianej próby, tatuś zapytał “czy może bym nie pojechał sobie jutro do Chorzowa na koncert”. No i sobie pojechałem. Tego samego dnia miało miejsce również inne wydarzenie, które zadecydowało o wyglądzie ostatniego roku oraz tego jak i z kim spędzałem większość wolnego czasu. No, ale nie napiszę o co chodzi, żeby nie było za fajnie xD.
A ponieważ zapomniałem napisać wcześniej, to napiszę teraz – jak wiadomo, skończyło się Ojro 2008. Przed meczem z Chorwacją w studiu analizowano grę polskiej drużyny. Zachwycano się świetną grą napastników, konstruowaniem strasznie pomysłowych akcji przez naszą drużynę, znakomitą współpracę między obrońcami i pomocnikami i innymi bajerami. Brzmiało to mniej więcej tak: “Rewelacyjne rozciagnięcie na lewą stronę, świetne przyjęcie piłki, Krzynówek znakomicie dostrzegł Smolarka wbiegającego w pole karne, zgrywa mu piłkę i… Smolarek w nią nie trafia.” I na ekranie telewizorów widzieliśmy Ebiego machającego nogą 40cm obok piłki. Tak właśnie wygląda polski futbol. Ale przynajmniej Ebi zaklął po polsku, a w jego przypadku to i tak nieźle.

Biszkopt.

Ps. Nie tęsknię.


Witaj lipcze!

Lipiec 1, 2008

Wreszcie otrząsnąłem się po rozstaniu z 3B. Niby tylko trzy lata, ale to przecież 18,75% mojego życia.
Moją edukację na poziomie gimnazjalnym zakończyłem ze średnią trochę powyżej tej potrzebnej do paska, z wynikiem egzaminu gimnazjalnego, który można określić jako wyróżniający się, z żółtymi papierami (xD) z napisem “Zaświadczenie”, których ilość można nazwać dość okazałą i w ogóle. Jak tak sobie myślę, ile razy człapałem do tego pistacjowego budynku, to aż… Nie, nie chce mi się płakać. Ani nie drży mi serce, nie wspominam, nie tęsknię, nie chciałbym tam wrócić. Po prostu dziwię się, że moje nogi jeszcze są w stanie nadającym się do użytku. Korzystając z faktu, że już nie czytają tego moi aktualni nauczyciele, mógłbym napisać, że mnie ta szkoła ograniczała, że te cholerne mundurki nie przepuszczały powietrza i uciskały moją osobowość, że na lekcjach uwierał mnie “katolicki charakter szkoły” albo że obcierały mnie poglądy bardziej katolickiej części braci uczniowskiej (a dokładnie tej części, której rodzice takowe poglądy posiadali) ale po co to pisać? Cieszmy się wakacjami, a niech niczego nieświadomi 13-latkowie pchają się drzwiami i oknami do elitarnej szkoły zakonu Ojców Pijarów w Krakowie. Po zakończeniu roku w 17 osób poszliśmy na pizzę, nawet Piter był. To chyba jest najfajniesze, że po tych 3 latach, nawet w obecności ludzi z C, pizza dała się zjeść. Czyżby integracja w Pradze?
Nie zamierzam pisać za kim będę tęsknił i dlaczego, bo czas jest jak rzeka, a gdy baba z wozu ten sam w nie wpada. 3B i tak była najfajniejsza.
Wakacje sobie powolutku mijają, imprezowo, koncertowo i w ogóle. Nawet przetrwałem kilkudniowe odwiedziny kuzynek. Myślicie, że przyjechały zobaczyć się z ukochanym mną, którego nie widziały za górami, za lasami albo jeszcze dawniej? O, nic bardziej mylnego. Po prostu w Krakowie był koncert Celine Dion. No ale i tak dużo w domu to mnie nie było. Michaś ma fajne mieszkanie. Oto co wyjdzie ze skrzyżowania byłych Pijarów, byłych uczennic naszej zaprzyjaźnionej i ukochanej Jedenastki oraz niebyłego licealisty z Ósemki:

W piątek byliśmy w Imbirze na koncercie. Grały 3 zespoły, muzykę można określić jako darcie ryja przerywanego solówkami długowłosych gitarzystów, którzy za umiejętność gry na gitarze sprzedali duszę Szatanowi. Najfajniejszą zabawą jest zgadywanie nazw aktualnie grających zespołów. Podejście pierwsze:
- Ja myślę, że to Purple Haze.
- E, raczej Krowa.
- Witamy w klubie Imbir, nazywamy się Head Up High!
Podejście drugie:
- No to teraz Purple Haze.
- No, wyglądają jakby to byli oni.
- Dobry wieczór, jesteśmy Krowa!
Trzeci zespół, o dziwo, odgadliśmy.
Było fajnie, oprócz mnie i Mirka był jeszcze Michaś ze swoimi nowymi okularami słonecznymi, które uniemożliwiały mu masakrowanie chudszych od niego w pogo. Dzień później obudziłem się za wcześnie i z nudów poszedłem do fryzjera. Do 3 razy sztuka, wreszcie nie muszę ciągle chodzić w czapce. Ale i tak nie mogło być za dobrze, więc nie jest za dobrze. Sami rozumiecie o co chodzi, to logiczne. Potem na imprezę do Michasia, potem do Rotundy na kolejny koncert. Skończyło się tak, że leżeliśmy na błoniach słuchając supportu Celine Dion. Potem skoczyliśmy do Rotundy posłuchać znajomych Michasia (O, pan wokalista, dzień dobry), spotkaliśmy wokalistę jednego z zespołów, które koncertowały dzień wcześniej, a potem znów na błonia. Niebo o 22 jest fajne, zwłaszcza jak nieopodal słychać wokal panny Celine.
A Mirek ma basa.

Biszkopt

Ps. Fajną klasę będę miał w liceum. Harem, możnaby powiedzieć.


Polska, hehe, gola.

Czerwiec 14, 2008

Dobra, dobra, wiem. Po prostu trochę sobie zapomniałem, że mam bloga. I nie miałem czasu. Ani Internetu. I byłem w szpitalu. O tym, że urwało mi ręce i piszę stopami nawet nie wspominam.

Jak teraz tak sobie myślę, to jest dużo do napisania, a o połowie pewnie i tak zapomnę… No ale do rzeczy, bo gdzie drwa rąbią temu pan Bóg daje.

Sprawa pierwsza – festyny.

31.05 Festyn u nas w szkole. Gracjan nas perfidnie oszukał i okłamał, nie przyszedł. Jak do niego dzwoniliśmy to najpierw się przedstawiał, a potem udawał, że go nie ma albo po chwili mówił, że jednak on to wcale nie on, i że to pomyłka jakaś jest. No ale kto zrozumie artystę…? Sam festyn bez żadnych rewelacji. Przynajmniej ta godzinka na której byłem xD. W sumie ciekawostka była jedna – nasz kochany absolwent, który przyjechał na swym lśniącym motorze, w lśniącej skórze i w lśniącym kasku. Oto on, zdjęcie zatytułowane “Fu**in’ Route Sixty Six Highway To Hell I Sleep On My Harley I W Ogóle”. W skrócie – FRSSHTHISOMHIWO.

Nasze stanowisko z rzutkami (cudowna różowa tarcza i piłeczki na rzepy) nie cieszyło się powodzeniem. Jedyną osobą, która się nim zainteresowała w przeciągu godziny był Ksawery. Zrobiło się nam smutno, walnęliśmy sobie pamiątkowe fotki z jakimś manekinem, który wyglądał jak żywy, jednak się nie odzywał o poruszeniu już nie mówiąc, po czym poszliśmy do Michasia. Fotka pod tytułem “Cześć mamo, co słychać u babci?”.

U Michasia jak zwykle, potem przenieśliśmy się na rynek. Na rynku jak zwykle, następnie poszliśmy na Dworzec Autobusowy żegnać naszych ulubionych przyjaciół z naszej ulubionej zaprzyjaźnionej szkoły położonej w okolicach naszej ulubionej ulicy zwanej ulicą Ułanów. Przy okazji Michaś dzięki mnie dowiedział się, że lody o smaku gumy do żucia mają smak gumy do żucia. Jaki z tego morał? Człowiek uczy się całe żUcie.
Teraz łan fotoł z rynku, a właściwie jego okolic. Król Lew, władca dżungli po prostu. Okazało się, że gibony też mają grzywy, a stary Simby niby zabity przez złego wujaszka Skazę żyje pod postacią Dżajbonka naszego.
Kocham te niepozowane zdjęcia xD.

Pożegnanie przyjaciół z 11 było niesamowicie wzruszającym przeżyciem, nawet Michaś ryczał jak bóbr. Pewnie już wtedy wiedział, że będzie tęsknił za “tym kolesiem od odgłosów waleni”. Ten koleś od odgłosów waleni też za Michasiem tęsknił, przynajmniej tak słyszałem.

7.06 Festyn w podstawówce nr 114. Nie wiecie co to za szkoła? No niemożliwe! To stamtąd wyczarowano Radzia, Amandę, Magdę znaną bliżej jako “no wiesz, to ta Bisza” oraz Klaudię znaną bliżej jako “no wiesz, to ta Zolla”.
Festyn był fajny. Widziałem pokaz kendo (Swoją drogą kendo dobra rzecz, bardzo przydatna w razie problemów na ulicy. W końcu chyba każdy nosi przy sobie bambusowy miecz, co nie?), mogłem sobie zmierzyć ciśnienie (wolałem jednak tego nie robić, w końcu Łowcy Skór tylko czyhają na mój najdrobniejszy błąd, fiku myku Pavuloniku) i w ogóle. Amanda zapoznała mnie z połową grona pedagogicznego, okazało się, że lubiła tylko swojego wychowawcę xD.

8.06 Festyn parafialny w kościele przy Meissnera. Absolutny hit po prostu, mój zdecydowany festynowy faworyt. Najfajniejszy był mecz Księża vs. Parafianie (nie mylić parafian z patafianami). Na bramce grał ks. Jacek, w życiu bym nie pomyślał, że zobaczę w-ce dyrektora swojej szkoły rzucającego się po boisku aby złapać piłkę. Drużyna księży została przeze mnie nazwana “Składem Apostolskim”. W ogóle oni mieli łatwiej, byłem świadkiem jak jeden z nich krzyknął “Jezu, gdzie mam podać?!”. Ewidentnie ktoś wpływowy im pomagał. Na początku Parafianie prowadzili 2:0, potem Księżom na skutek Boskiej Interwencji szło trochę lepiej. Wiadomo – ksiądz strzela, pan Bóg piłkę nosi. Ostatecznie 3:3.

Sprawa druga – siatkówka.

6.06 Turniej w 11. Połowa składu nie mogła jechać, bo musieli jeszcze coś zaliczać w szkole (wiadomo jak to jest na tydzień przed klasyfikacją) albo pomagać rodzicom obierać ziemniaki. Z wyjściowej szóstki były… Całe trzy osoby. Z moją rejonówką wygraliśmy 2:0, do 25:9 i 25:7. Z 11 było gorzej xD. Pierwszy set przegraliśmy 25:20, drugi wygraliśmy do 23, trzeci przegrany 15:10. No ale liczy się sport i dobra zabawa, czego najlepszym przykładem są nasi piłkarze.
W sumie turniej to było tylko 30% czasu poświęconego siatkówce tego dnia. Potem jeszcze poszliśmy na SKS, z Zygmuntem zagraliśmy 3 krótkie, z czego dwie przez plecy. I to nie że jakoś z ćwiczeń, tylko tak normalnie, podczas meczu xD. Jak ćwiczyliśmy to jeszcze nam wyszła podwójna krótka przez plecy, ale na razie w warunkach meczowych jest to niemożliwe do zagrania xD. Łącznie 4,5 godziny gry, w domu nie miałem nawet siły zasnąć.

A co słychać u naszych siatkarek? Zobaczcie sami >KLIK<. Ja uważam, że Bonitta ma w 100% rację. Nie można pozwalać na taką niesubordynację, przecież to skandal! Jakby się czuły pozostałe siatkarki, które zeszły na kolację? Na pewno musiały pokonać wiele schodów, z pewnością też długo wahały sie czy zejść na kolację, ale jednak zeszły. A ta trójka? Gdyby zostały na zgrupowaniu, byłoby to skrajnie niesprawiedliwe. Przecież nie może być tak, że trener karmi swoje podopieczne, w głowach im się poprzewracało! A co by było później? Kto wie, może nawet nie przyszłyby na obiad! To by dopiero było… Uważam, że za niezejście na kolację powinna być nałożona kara finansowa, zakaz jedzenia słodyczy, obowiązek mycia okien przez tydzień oraz samodzielnego wyrzucania śmieci.
Panie trenerze, litości…

Sprawa trzecia – Ojro 2008 i pan Robert.

Jak powszechnie wiadomo, zaczęły się mistrzostwa Europy. Fajnie wyglądała Murzynka śpiewająca hymn Szwajcarii =). Meczu Polska – Niemcy widziałem tylko pół, to drugie pół. Podczas pierwszej połowy wracałem sobie do domu. Na ulicach żywej duszy, ledwo kilka samochodów mnie minęło, ale za to z większości domów było słychać albo głoś komentatorów, albo głos widzów. Głównie same bluzgi, więc niezbyt mogłem się zorientować jaki jest wynik. Wiele osób mówiło, że zrobimy “tym złym szwabom” drugi Grunwald. No może i by tak się stało, ale Litwini jakoś nie chcieli wbiec na boisko żeby nam pomóc.
Meczu z Austrią nie widziałem, ponieważ leżąc w szpitalu po prostu go przespałem. Jak zwykle staliśmy się ofiarami spisków, jakiegoś szerokiego frontu i wszyscy są przeciwko nam. Kocham ten kraj. Ale przecież “liczy się sport i dobra zabawa!”. Przydałby się jeszcze jeden Brazylijczyk na atak żeby Roger miał do kogo podawać. No ale trudno, w końcu to i tak jest ogromny sukces. Że niby co jest tym sukcesem? Oczywiste moralne zwycięstwo nad Niemcami (bo oba gole strzelił podły zdrajca jedynego słusznego kraju, który to kraj do tej pory miał go głęboko), moralne zwycięstwo nad Austriakami (sędzia nas okradł, jesteśmy tak dobrą drużyną, że tylko w ten sposób mogli zatrzymać nasz zwycięski marsz po mistrzostwo!) oraz sam fakt, że odpadliśmy z mistrzostw. W końcu to sukces odpaść z Euro, to sukces dostać baty od najlepszych drużyn świata. Polacy chyba mają coś takiego, że do przesady szukają plusów w każdej sytuacji.

Ale tego samego dnia Kubica zmyślnie wyeliminował swoich rywali (zastraszył Hamiltona nasz boski Krakowianin i kazał mu skasować Raikonnena) i wygrał wyścig w Brazylii. Polak wygrał niemieckim bolidem, a Niemcy polskim napastnikiem. Czyli chyba sprawiedliwie.

A, jeszcze chciałem napisać, że ostatnio ugryzł mnie pierwszy komar. Swędziało jak cholera, ale to przecież zaszczyt być ugryzionym przez komara. To ogromny zaszczyt, bo przez małego komara ugryzła mnie sama Matka Natura. I to gdzie ugryzła! W drugie zgięcie środkowego palca prawej ręki, od wierzchu, trochę tak z lewej. Jestem męczennikiem narodów.

We wtorek sobie jeszcze pojechałem na jakąś fajną galę dla fajnych ludzi. Jak nietrudno się domyślić, było fajnie. Nawet nie chodzi mi o to, że było 30 stopni, a ja się grzałem w garniturze, ale rzeczywiście byli tam fajni ludzie. Jak w liceum będę miał w klasie samych takich to powieszę się na skakance. Nagrody też były niezłe. Trzy lata temu jak byłem na takim czymś to dostałem plecak, w tym roku iPoda. I to nie jakiegoś takiego lipnego, tylko najnowszego Nano 8GB xD. Teraz jestem światowy. Marszałek województwa małopolskiego, małopolski kurator oświaty i inne szychy twierdzą, że jestem przyszłością tego kraju, a nawet Europy. Ta, dobre sobie.

I to by już było na tyle, wiem że i tak nikt nie doczytał do tego miejsca.

Biszkopt

Ps. Łuuuuhuu, ile liter.