Ballada widelcowo-talerzna.

styczeń 24, 2008

Pył i kurz na polu bitwy opadł, emocje również. Etapy rejonowe napisane.
Postanowiłem napisać dwie wersje notki, jedną skromną i drugą trochę mniej. Obu nie należy traktować całkiem poważnie ;-) . Poruszę 2 sprawy: konkursy z fizyki, majcy i niemieckiego oraz zawody w Dziewiątce.

Do dzieła. Panie i panowie, wersja skromna, trochę emo.
W poniedziałek był rejon z fizyki. Rano myśląc o tym, że nic nie umiem postanowiłem nadrobić wyglądem. Wybrałem najbardziej niepasującą do marynarki koszulę jaką udało mi się znaleźć w szafie. W końcu skoro będę miał zero punktów, niech moi rywale uznają mnie za dziwaka. A skoro dziwak, to na pewno też wybitny umysł, geniusz. Zmierzyłem się z trzema zadaniami. Wszystkie odpowiedzi zgadywałem, ręce miałem zimne ze strachu. Wyszedłem z sali jako pierwszy, co miałem dumać nad kartką skoro i tak nic mądrego nie byłem w stanie napisać? Następnego dnia były wyniki. 35/36 punktów. Jestem pewny, że podmienili mi prace. Albo miałem dużo szczęścia (które ma zawsze głupi), wiatr pod narty i w ogóle. Cud po prostu.
Wyniki z majcy były w zeszłym tygodniu. 27/35 punktów. Strasznie mało, mimo korzystnego dla mnie klucza. Na pewno nie przejdę. Jestem beznadziejny.
W poniedziałek ogłoszono listę finalistów z niemieckiego. Próg 48 pkt, ja miałem 49,5/90. Kolejny cud, przecież tak niewiele brakowało żebym odpadł. W finale mnie wyśmieją. Słusznie z resztą, przecież jestem beznadziejny.
Zawody w 9. Mimo tragicznej gry całego zespołu jakoś wygraliśmy. Strasznie się gubiliśmy, ledwo udawało nam się piłkę przebić. Gdy przyszliśmy na miejsce, z Ksawerym postanowiliśmy pójść do pobliskiego kościoła. Ciężko tam trafić, najpierw weszliśmy na plebanię, ale w końcu się udało. Tam objawiła nam się Matka Boska Siatkarska i przepowiedziała nam wygraną. Chyba tylko dzięki temu nam się udało.

Wersja ciut mniej skromna.
W poniedziałek był rejon z fizyki. Rano myśląc o tym, że jestem strasznie przystojny, postanowiłem dziwnie się ubrać, żeby dziewczęta nie mdlały na mój widok. Wybrałem najbardziej niepasującą do marynarki koszulę jaką udało mi się znaleźć w szafie. W końcu jeśli mam mieć najwyższy wynik w komisji, to mogę wyglądać jak chcę. A skoro wyglądam inaczej niż wszyscy, to wiadomo że jestem fajny. Zmierzyłem się z trzema zadaniami. Były banalne, zrobiłem je w 15 minut. Wyszedłem z sali jako pierwszy, bo po co miałem siedzieć z tymi podrzędnymi imitacjami fizyków? Następnego dnia były wyniki. 35/36 punktów. Cholera, za co mi ten jeden punkt skosili?! Jakaś pomyłka pewnie, ale z litości nad tą nędzną komisją nawet nie idę na wgląd w prace. Żal mi ich, nie chcę wytykać im błędu, który z pewnością popełnili. W końcu to najwyższy wynik w szkole, więc nawet mnie to zadowala.
Wyniki z majcy były w zeszłym tygodniu. 27/35 punktów. Najwyższy wynik w szkole, to oczywiste. Zadania pochłaniały za dużo czasu, nie zdążyłem zrobić tych najprostszych. Tak to miałbym maksa, to jasne.
W poniedziałek ogłoszono listę finalistów z niemieckiego. Próg 48 pkt, ja miałem 49,5/90. Kolejny dowód na to, że jestem cudowny. Tylko ja wiem ile trze umieć, żeby przejść. Bo po co mieć więcej punktów jak i tak się przechodzi?
Zawody w 9. Rozwaliliśmy przeciwników, zmiażdżyliśmy, nie ścięli ani razu. My co drugą akcję kończyliśmy gwoździem w 3 metr boiska. Drugi set wygraliśmy 25 do 6. Zdobyłem 15 punktów samą zagrywką. W końcu jest się kapitanem, nie? Gdy przyszliśmy na miejsce, z Ksawerym postanowiliśmy pójść do pobliskiego kościoła. Ale brzydki kościół mają koło szkoły!

Wszystkie fakty są prawdziwe, może trochę je zniekształcać ogólny charakter opowieści xD.
Powodzenie religijnym olimpijczykom, szczęść Boże, Bóg zapłać, niech będzie pochwalony.
Biszkopt


Jednak nie wiem ile ważą dwa kleksy.

styczeń 20, 2008

Sto lat młodej parze.
W piątek byłem na wglądzie w prace z chemii i matematyki. Z tego pierwszego pewnie braknie mi 1-2 pkt, z tego drugiego chyba przejdę, wynik mam całkiem przyzwoity (tak, ta skromność :P ). Na wgląd w majcę przyszły jakieś mózgowce 1,45m na grubej podeszwie plus okulary i reszta ekwipunku. Ja wiem, że nie jestem przystojny, ani wysportowany, ani nawet wysoki, ale widzę że niektórzy mieli jeszcze mniej szczęścia ode mnie. Wszystkie punkciczki prawidłowo mi podliczyli, nie zamienili mi prac ani nic takiego nie miało miejsca, wydałem tylko kilka złotych na bilety i straciłem trochę cennego czasu. Bo wiadomo, czas to piniondz. Zwłaszcza, że autobus o pięknym numerze 142 wywiózł mnie na jakieś odludzie. Tak to jest jak się liczy na łut szczęścia odgadując rozmieszczenie przystanków w Krakowie, mieście królów.
Wieczorem miałem jeszcze okazję świętować imieniny Agi. Plan był taki, żeby ściągnąć Ją do Magdy i zrobić niespodziankę. W takich chwilach w amerykańskich filmach krzyczy się “surprise!” i gwiżdże papierowo-trąbkowymi gwizdkami. Z tego co pamiętam, to gdy razem z Chomikiem wyjeżdżaliśmy na obrotowym krześle to wydawaliśmy z siebie jakieś nieartykułowane “AAOAIAAUEIUA!!!”. W końcu to polska, jaka karma taki karmnik. Rolę torta odegrał biszkopt, jakiś twardawy po bokach, ale zjadliwy. Prezent był równie fajny, miałem okazję popisać się swoimi artystyczno-krawieckimi zdolnościami. Aga była zadowolona, mimo widniejącej na balonach dwójki ludzi oraz napisu “Sto lat młodej parze!!”. Bilans strat: guziczek od laptopa i klapka od baterii w cyfrówce. Nie jest źle. Po powrocie próbowałem oglądać końcówkę Matriksa. Po kilku minutach dali reklamy, gdy one dobiegły końca, uświadomiłem sobie, że nie pamiętam co się działo przed blokiem reklamowym. Zdegustowany poszedłem spać. A w sobotę pobudka o 7, w końcu kiedyś trzeba przeczytać tego Smętka do końca, bo za 3 godziny mieliśmy go omawiać. Tak, omawiać! W sobotę 3 godziny lekcyjne przygotowań olimpijskich z polskiego.
Planowałem jeszcze zrobić jakąś aferę w stylu Palikota, ale nic wystarczająco głupiego nie przychodzi mi do głowy. Gibon pije wodę z kwiatków..? E nie, za słabe.
Biszkopt.

Ps. Nie, z nikim nie pójdę na “Jeszcze raz”. Chyba że ktoś mi bilet zasponsoruje.


Wiem ile ważą dwa suche kleksy.

styczeń 16, 2008

Cześć, jestem Grześ, chce Was zjeść. Ale dziś mam flow, jak nigdy.
W poniedziałek konkurs z majcy był. Mało czasu, stosunkowo trudne zadania, zobaczymy. W fajnej szkole pisaliśmy, technikum jakieś chyba. W każdym razie tamtejsi tubylcy mają łatwe życie. Ich jedynym problemem jest to, czy mają ognia, a pierwsze co robią po wyjściu na dwór/pole/zewnętrznicę to założenie kaptura. Można i tak, po co się przejmować jakimiś tam ocenami, konkursami, no po co? We wtorek chemia. Zaczęło się świetnie, trafiliśmy do złej szkoły, uczniowie patrzyli na nas jak na stado idiotów, nie dziwię się. Zadania nietypowe, chyba zrobiłem jakiś błąd w obliczeniach. Żal po prostu. Ale po konkursie w pobliskim warzywniaku kupiliśmy pora dla naszego wspaniałego kolegi. Cała klasa miała podobno radochę, niby zwykły por za zeta pindziesiont a ile szczęścia może dać ludziom.. Frekwencja w szkole świetna, wczoraj było 12/28 osób. Szałowo.

Pożegnawczy filmik, The Casualties, legenda. Jedne z największych iroli na światowej scenie, podobno to chłyt materkingowy.

Biszkopt.


Ojaciebezkituno.

styczeń 11, 2008

Nic się nie dzieje.
Dobry wstęp, nie? W zasadzie nie mam o czym pisać, w przyszłym tygodniu mam 2 olimpiady, w szkole nic ciekawego. Byłem dziś u lekarza i oficjalnie wiem już, że urodziny spędzę w szpitalu xD. Kolejna szpitalowa ważna data obok imienin, mikołajek i dnia kobiet. Starość nie radość xD.
Dziś odbył się również konkurs kolęd i pastorałek. Nie opiszę co się na nim działo, bo nie chcę od któregoś z nauczycieli usłyszeć, że poszedłem tam zrobić z siebie idiotę a potem opisać to na swoim blogu. Zajęliśmy wysokie, czwarte miejsce. Tuż za podium. Mógłbym napisać, że spróbujemy za rok, ale to nieprawda. Zostało nam tylko 5 miesięcy.
Nawet w Realu pan ochroniarz miał do mnie o coś pretensje, że za blisko kasy stałem czy coś. Paranoja.


Ciche pstryknięcie rozjaśniło jej świat.
Kto zapalił światło, może jej brat?
Nie, to jej nadzieja wcisnęła guziczek.
Nadzieja, że sił nigdy nie zabraknie.
I skończy czytać “Smętka” nawet po ciemku.
Gdy spali się żarówka, gdy dziewczyna całkiem oślepnie,
Wiara w ten cel nigdy nie zblednie.

Biszkopt.

Ps. Sprzedam nieużywaną encyklikę Benedykta XVI “Spe salvi” o nadziei chrześcijańskiej. Niedrogo, cenę można negocjować. Możliwa zapłata w naturze (jabłka, mandarynki, rodzynki).


Wino, kobiety i ŚPIĘ.

styczeń 4, 2008

Pierwszy wpis w nowym roku, aż czuję takie dziwne coś, że muszę napisać coś ważnego i madręgo. Trudno.
Święta minęły jak święta, ciasta na śniadanie, obiad i kolację, wstawanie z łóżka o godzinie 11, egzystencja polega na biernym przeczekiwaniu momentów, gdy niczego się nie żre. Tak mijały kolejne dni z wyjątkiem wyjścia do Babci, u której zazwyczaj je się jeszcze więcej. Potem przyszedł czas na jakiś Sylwester czy coś. Propozycje miałem różne, skończyło się tak że pojechałem z rodzicami, ze znajomymi rodziców i dziećmi znajomych moich rodziców do Kacwina. Jak Michaś słusznie zauważył, Kac i Wina robią niezłe wrażenie. Mieliśym mieszkać w jakimś pensjonacie, hotelu czy jak inaczej to nazwać. Siłownia, solarium, telewizja, łazienki w pokojach.. Bajka. Okazało się, że łazienki to tylko w niektórych pokojach (w moim nie było, ma się to szczęście), telewizor niedziałający stoi na korytarzu, a o solarium i siłownię nawet bałem się pytać. W pokoju na podłodze stało wideo sprzed 15 lat, równie stary, nie działający komputer z monitorem i oparte o ścianę drzwi od szafy. 5 par drzwi od szafy. Ale, jak na złość, samej szafy w pokoju nie było. Pomysł o zbiciu jej z drzwi do niej nie został zrealizowany. No i tak sobie mijały kolejne dni, siedząc na stoku, czytając.. Obok wyciągu była tabliczka “Stok tylko dla narciarzy”. Jako, że jeżdżę na desce, czułem się urażony. No ale nic, byle do Sylwestra. Pierwszy raz widziałem ludzi w garniturach i sukniach (bo było tam jeszcze jakieś 30 nieznanych nam osób, część z Krakowa) tańczących do “Kajli” i tym podonych hiciorów. Super, walka o jakąś bardziej taneczną muzykę była straszna. Ja i tak cały czas siedziałem przy stole, ale żal mi było moich rodziców xD. Potem północ, fajerwerki (1 zrobił pierdut na ziemi) i było fajnie. Atrakcją wieczoru było wino “CIERNY JOHAN”. Etykietka twierdzi, że było to “ovocne vino z ciernych ribezli”. Celowo pominąłem te wszystkie fistaszki nad literami xD. Dziękuję za wszystkie 
życzenia Bożonarodzeniowe i te Sylwestrowe również :) .

Dziś odbył się etap rejonowy konkursu języka niemieckiego. Było zadanie polegające na tłumaczeniu na niemiecki nazw roślin. U mnie wyglądało to tak:
- stokrotka - das Einhundertpflanze
- niezapominajka - der Nichtvergessen
- fiołek - das Pentapeptyd (nie wiem co mnie naszło xD)
- tulipan - der Tannenbaum (choinka)
- bez - der Rucksack (tornister)
- brzoza - der Bschöse
- świerk - die Schwerke
- jodła - das Jedeln
- dąb - die Dübe
W ogóle wszyscy w sali się ze mnie śmiali jeszcze zanim zaczęliśmy pisać, w Myślenicach jestem spalony xD.

Biszkopt

Ps. Widok Chomika, który z poważną miną mówi “Proszę rozbierzcie się w tamtej sali” - bezcenne.