Pewnie wszyscy odruchowo, tak jak ja, przed przeczytaniem czegokolwiek sprawdzają, ile to właściwie jest tekstu. Więc pewnie sprawdziliście i tym razem. I macie rację, że ta notka jest długa, ale nie zniechęcajcie się xD.
Były sobie święta. Umarł sobie Jezus, potem sobie ożył, a ludzie z tego powodu obżerają się ciastami. Tradycja jednak czasami jest fajna :-). Jak co roku w mym domu piecze się mazurka. I jak co roku udekorowanie go migdałami i innymi takimi było moim obowiązkiem. Na mazurku byli już snowboardziści i inne przykłady mojej kreatywności, w tym roku mazurek zaangażował się politycznie.
Pierwsze zdjęcie:
Drugie zdjęcie dla osób z gorszym wzrokiem, sam napis nie pokryty jeszcze migdałami:
A w środę zamiast na galowo przyszedłem do szkoły w koszulce ze słowami Dalai Lamy, czyli to oznacza, że jestem fajny i wrażliwy. Ale i tak mi skosili dwa punkty w naszym wspaniałym systemie oceniania zachowania. Cóż, trzeba się czasem poświęcić dla dobra ludzkości. Tego samego dnia po lekcjach jechałem z Magdą na wgląd w prace z polskiego. I pamiętajcie o jednym: lokalizator internetowy Zumi kłamie! Przez niego staliśmy czekając na światła, marzliśmy, było nam smutno i w ogóle. A na wglądzie fajnie w sumie, zrobiłem 4 orty i dużo intów xD. W sumie z odwołania by mi ze 2-3 pkt przyznali, ale nie chciało mi się tego papiera pisać, bo i tak laureatem nie zostanę. Co do pogody - niby wiosna a jakoś nie wiosna. Na każdym kroku trzeba uważać na szczeliny w lodzie, na spadające lawiny… Chyba do szkoły zacznę dojeżdżać psim zaprzęgiem. Albo będę w sali namiot rozbijał, żeby wracając do domu w zamieci śnieżnej nie stracić orientacji. Przemyślę.
Wczoraj jeszcze Mir miał konkurs z wiedzy o teatrze, a na nim… Drożdżówki. Dużo drożdżówek i woda mineralna. Skandal.
Na religii zaczęliśmy zajmować się cudzołóstwem. Zajęć praktycznych nie było, ale jakie perełki znalazłem w swoim eee.. “podręczniku”! Są tam na przykład “pozytywne powody zachowania czystości przedmałżeńskiej”. Oto kilka z nich:
- Uwalnia od zagrożenia urazem poaborcyjnym (czyli jak seks przed ślubem to od razu też aborcja!)
- Uwalnia od konieczności permanentnego udowadniania tego, co potrafisz
- Chroni przed podtrzymywaniem “złych” związków (ZŁOOOO!)
- Pozwala uniknąć blizn w sferze emocjonalnej (tego nie rozumiem, ale fajnie brzmi)
- Pomaga zwiększyć poczucie własnej wartości
- Dzięki abstynencji można stać się lepszym kochankiem
- Chroni przed mylącymi uczuciami
- Daje wolność od poczucia winy
Czyli wiadomo, że warto zachować czystość przedmałżeńską. Nawet jeśli nie do końca się rozumie, dlaczego.
Są w tym podręczniku również “pomysły na twórcze randki według J. Mc Dowella”. Przepiszę wszystkie, bo wszystkie są tak samo “twórcze” xD.
- Robienie wspólnie takich rzeczy jak: zakupy, pranie, mycie samochodu
- Ustalenie jakich umiejętności chciałbym się nauczyć od partnera i bycie nawzajem nauczycielami
- Chodzenie do Kościoła (no, tego nie mogło zabraknąć!)
- Wycieczka w celu sfotografowania ciekawych miejsc
i teraz najlepsze:
- Spędzenie soboty na nagrywaniu niezwykłych dźwięków
Wspaniały ten podręcznik mamy. Obok jeszcze były listy od młodzieży, która “lubi jeść z bliską osobą obiad w szkolnej stołówce, bo wtedy nie trzeba się martwić o seks”. A skoro już tak o książkach - sporo osób już wie o wynikach z fizyki. Więc zaprezentuję fragment wstępu z książki do fizyki z 1971 roku, z której sobie parę wzorów przepisałem.
“Jeżeli pragniecie przygotować się do przyszłej pracy zawodowej, do współudziału w wielkim dziele budowy naszej gospodarki narodowej, przemysłu i rolnictwa w naszym Kraju, to będziecie systematycznie i wytrwale uczyli się fizyki“. No, pięknie. Jak ja się teraz kolegom pokażę?
Biszkopt
Ps. Poszukuję świadka na bierzmowanie. Powinien być bierzmowany przed 15 kwietnia tego roku. Ma być dla mnie wspaciem i mam mu ufać. Płacę gotówką.
Elo dla melonów Oli (bynajmniej nie chodzi o to, o co chodzić by mogło xD ).
W tym tygodniu postanowiłem zadziałać coś w kierunku wyboru liceum. W tym celu udałem się we wtorek do szanownego lajseum namber tu.
Człowiek uczy się całe życie, dopiero tego dnia Michaś dowiedział się, że w tramwaju są takie same bilety jak do autobusu. Byliśmy również świadkami pewnego niemiłego incydentu. Mianowicie pan motorniczy zaczął klnąć na jakiegoś starszego jegomościa, który zwrócił mu uwagę, iż nie wiezie tym tramwajem worka kartofli. Teraz już przynajmniej wiemy, dlaczego rozmowa z kierowcą (motorniczym?) jest zabroniona. Szczęśliwie dotarliśmy do Dwójki, oprowadziły nas jakieś dwie laski, co chwilę skarżąc się, że w ich szkole jest strasznie zimno. Generalnie szału nie było, więc skoczyliśmy do Jacka. Z pełnymi brzuchami poszliśmy jeszcze raz spróbować naszych sił w Dwójce. Michaś wymiękł, my dwaj zostaliśmy na wykładzie o nieskończoności. I w zasadzie to tyle, potem jakiś Czarodziej jeszcze czy coś i do domu (nie padało!).
Dnia kolejnego, w środę, w szkole było jakieś coś. Po kilku lekcjach poszliśmy do kościoła, tam odbyło się przedstawienie. Nie wiem o co w nim chodziło, a szczerze starałem się zrozumieć. Chyba wchodząc do eee.. “Domu Pana” głupieję. I chyba jeszcze przy okazji głuchnę, bo zamiast “zmartwychwstań” słyszałem jakieś nicnieznaczące “zmartfyfstaj”. Chyba, że aktorzy rzeczywiście mają taką nienaganna dykcję. Potem z Mirem udaliśmy się na rynek w celu rozejrzenia się za jakimś mikrofonem (a jak! Nawet my się rozwijamy!). Skończyło się oczywiście wycieczką do Galerii. W Galerii jak to w Galerii. Najfajniejszy był widok dziewczyny siedzącej ze swym chłopakiem na ławeczce w centralnym miejscu tego zacnego przedstawiciela wielkomiejskiego galeryzmu. I cóż czyniła ta niewiasta? Czule lizała facetowi ucho. Jak ja się wtedy wzruszyłem! Na dworze (dla mniej bystrych: polu) straszny wicher dął (trudne słowo), jeszcze by biedaka zawiało, zapalenie opon mózgowych przez ucho gotowe. A ona tak dbała o swego wybranka, opiekuńczo lizała go w ciepłej i przytulnej Galeryjce. Z pewnością to jest prawdziwa miłość, taka wzajemna troska o drugą osobę… Rozmarzyłem się.
Wczoraj oglądałem sobie telewizję i akurat miałem wątpliwe szczęście trafić na program, w którym Paris Hilton i jakaś inna dziewczyna w tipsach i na obcasach miały za zadanie zrobić kiełbasę. Wieczorem na Polsacie zobaczyłem Grażynę Wolszczak udającą klauna w Gwiezdnym Cyrku. I tak się zastanawiam, czy robienie z siebie debila leży w ludzkiej naturze, czy wszytko zaczęło się od Fenicjan i ich nieszczęsnego wynalazku zwanego pieniądzem. A może jedno i drugie.
Jeszcze wypadałoby napisać coś z okazji świąt. Przedwczoraj ściągnąłem z okna bożonarodzeniowy napis “wesołych świąt” wiszący tam od grudnia, a od rana marzę by mieć rodzeństwo. Albo jakiegoś służącego, albo myślący odkurzacz chociaż. Dobra, nie będę się żalił, czas na życzenia. A więc wszystkiego dobrego, wesołego dyngusa, smacznej owcy, mokrych jajek, uśmiechniętego koszyczka, kicającej kiełbasy, rodzinnego sprzątania i w ogóle. I niech Wam igliwie z choinki całego domu nie zasyfi.
Biszkopt
Ps. Wpadła mi w ręcę ostatnio gazetka z Reala. I co tam widzę? Encyklopedia przeceniona z 5 dych na niecałe dwie. Czyli na dokładnie tyle, ile kosztuje kilogram udźca wołowego bez kości. Jaki z tego morał? Wiedza jest w cenie.
Niedziela palmowa!
Dziś świętujemy cudowny, radosny dzień! Wszystkie rodziny wpólnie zasuwają do kościoła z “symbolicznymi” palmami rozmiarów miotły i jest fajnie. Dobrze, że na nich cen nie naklejają, bo pewnie wszyscy przypadkiem zapomnieliby ich odkleić, albo markerem dorabialiby na końcu zero. W imię Ojca i Syna.
W piątek z Mirem pojechaliśmy do Kawiarni Naukowej (swoją drogą ciekawe kto taką nazwę nadał temu zacnemu miejscu?) na koncert. Oczywiście padał deszcz, mieliśmy drobne problemy ze zlokalizowaniem lokalu (xD) ale ostatecznie z drobną pomocą mapy Krakowskiego Szlaku Zabytków Żydowskich dotarliśmy. Wjazd 8 zeta, podobno na cel charytatywny (ta, jasne). Grali kolejno: Selhated Machine (nazwa zespołu mocno emowata, ale wbrew pozorom jest to KRZESZOWICKI punk), KontrKultura, Non Nocere (krzeszowicko-krakowski hc z wykorzystaniem megafonu xD) i na końcu Per-Wers. Generalnie miejsce muzykowania było… ambitne. Całość miała rozmiar połowy naszej szatni od WueFu, z czego 2/3 zajmowały zespoły wraz ze sprzętem. Suma sumarum (ha!) publika musiała się zmieścić na około 10 metrach kwadratowych. No ale było z 25 osób, więc problemu to nie stanowiło xD. Jeszcze wpadła jakaś ukraińska mafia (Mir twierdzi, że gadali po ukraińsku, aczkolwiek potem oboje słyszeliśmy coś na podobieństwo francuskiego) w skórach, łańcuchach i żelem na baniach. Przez chwilę myślałem, że może jakieś W11 kręcą czy coś, ale moje nadzieje się nie spełniły. Poszczególnych kapel nie będę opisywał, powiem tylko, że było fajnie. Nie ma to jak wypaść z pogo prawie przewracając statyw wokaliście. Tekst “- Głośniej wokal! - Ale właśnie się już nie da.” - bezcenne. Muzyka w sumie fajna, ambitne teksty, przyjacielska perkusja uciekająca w stronę publiki… Tylko twardy mur za plecami, co dotkliwie odczułem :P.
Wróciłem do domu jakoś przed 23 i stwierdziłem, że mimo stłuczeń i dzwonienia w uszach nie chce mi się spać. Szybki prysznic, kolacyjka i jazda do szkoły. W końcu w szkole było nocne czuwanie! Zaczynało się o 20, chyba się troszkę spóźniłem, no ale nic. Dotarłem w trakcie adoracji. Zastanawiałem się, czy potęgujące się dzwonienie w uszach jest Znakiem. Potem jedzenie, film (chyba tylko ja jeden nie spałem w jego trakcie i rozumiałem fabułę :P), znowu jedzenie, potem trochę jedzenia, jedzenie i jutrznia. A potem oczekiwanie na rodziców Kawy (żeby jej ktoś nie napadł przypadkiem!). O godzinie 7 rano, po koncercie i nieprzespanej nocy deszcz wydaje się mokrzejszy niż zwykle, a temperatura odczuwana staje się jeszcze niższa. Jeszcze po drodze obudziłem pół Ugorkowej Gangsty (tak to się odmienia?) i wróciłem do domu. Planowałem wieczorem iść do Rotundy na Vavamuffin, ale ostatecznie chłopaki z Warszawy przegrali rywalizację z urodzinami Magdy. A urodziny Magdy częściowo przegrały z moim brakiem snu, ale ostatecznie dotarłem prawie na czas xD. Jak sobie wracałem to, o dziwo, nie padało! Nie mogłem w to uwierzyć, ale naprawdę nie padało!
Biszkopt
Ps. Na koniec hardkorowa łamigłówka. Baj Bisz. Znajdź trzy różnice.
Dobra, wiem. Nie siadło.
Była sobie dziś ta olimpiada z polskiego. I NIE BYŁO DROŻDŻÓWEK.
Sobie pisaliśmy w jakimś Auditorium Maximum Ujotum, fajnie deszcz bębnił po dachu. Konstrukcja podobna do miejsca, w którym fizykę pisałem, ale o niebo wygodniej. Siedzenia były miękkie, a nie takie dwie prostopadłe deski jak tydzień temu. Fajni ludzie tam byli, czułem się jak na jakimś ogólnopolskim zjeździe Śpiących Królewiczów i sierotek Maryś. Generalnie temat był jakiś dziwny, pierwsze 10 minut nie miałem zielonego pojęcia czego ci ludzie ode mnie chcą, co ja mam im kurde napisać. W sumie to nie wiem do teraz. No ale nic, zobaczymy jak ocenią moją pracę. Matematycznie rzecz biorąc, skoro matematykę i niemiecki napisałem tak, jak napisałem, a fizykę również tak, jak napisałem, to aby w przyrodzie równowaga była, z polskiego powinienem mieć coś w okolicach maksa xD.
Moja klasa wspaniała wczoraj miała jechać na pielgrzymkę. Oczywiście mieli wypadek. Głupi ma zawsze szczęście. Dokładny opis z różnymi linkami jest na blogu Gibona ( www.gibonu.wordpress.com ). Natomiast ja chciałem się zająć wywiadem udzielonym przez naszych uczniów, a właściwie uczniów klasy A. Pojawił się on na stronie Radia Jasna Góra ( http://www.radiojasnagora.pl/index1.php?Content=news&referer=ok&id=1382 ). Sam wywiad jest tu: http://www.radiojasnagora.pl/mp3/20080312uczniowie.mp3 . I co tam słyszymy?
- “Powinniśmy sobie dać radę [chodzi o test kompetencji], w końcu czyjeś ważne wsparcie mamy [chodzi o Bozię]“
ta jasne, Bóg za nas napisze.
- “Można tu uzyskać wsparcie duchowe, do poradzenia sobie z tym trudem”
nie mam pojęcia o jaki trud chodzi, mi wsparcie duchowe nie jest do niczego potrzebne o_O
- “Ja napewno będę płakać, jak się będziemy musieli rozstawać”
a ja nie, jakoś tak mam dziwnie
- “Rekolekcje bardzo nam pomogły, (…) organizujemy czasami drogi krzyżowe”
śpiewamy sobie psalmy na przerwach, po lekcjach się spotykamy odmawiać różaniec..
- “Głównie skupiamy się na modlitwie”
a jakże by inaczej!
Czy ja jestem jakiś dziwny? Czy oni wszyscy widzą więcej ode mnie, więcej rozumieją? No ale wakacje za pasem :).
Byłem sobie dziś na wglądzie w prace z fizyki. I nie lubię, jak równieśnicy patrzą na mnie jak na jakiegoś kosmitę, względnie kujona.
Nie lubię też jak w ten sposób patrzą na mnie ludzie z komisji. I nie lubię jak 10 razy w ciągu 5 minut muszę im tłumaczyć, że jeszcze nie wiem gdzie chcę iść do liceum. Ajak dwie siły zamiast dodać to je inteligentnie pomnożyłem to chyba fajnie?
No ale o konkursach nie ma co pisać, są w życiu rzeczy ważniejsze. Był plan żeby w weekend iść na warsztaty taneczne z Roofim. Ja bym sobie wziął autograf, zrobił z Roofim zdjęcie, wrzucił na profil na naszej-klasie (który specjalnie w tym celu musiałbym założyć xD), wszystkie panny w szkole byłyby moje. W końcu fota z Roofim czyni cuda. Jeszcze bym w piątek skoczył do lumpeksu kupić jakiś za duży, bawełniany dresik żeby wyglądać modnie i mogłbym śmiało iść na zajęcia dla grupy zaawansowanej. Wszystko fajnie, ale co się okazało? Jeden dzień kosztuje 65 zeta. Koszty dresu bym przebolał, ale sześć dych za zdjęcie z Roofim?! Chłopak się ceni. Jestem gotowy wiele poświęcić, żeby mnie ludzie w szkole lubili (bo kolegów się kupuje), ale bez przesady. Więc co by tu z tym weekendem zrobić..? W sumie jeszcze nie wiem, ale wiem co będę robił w nocy z piątku na sobotę. Filmy, spanie na podłodze, dyskusje do rana, po północy megaobżeranie czipsami i zasiorbywanie Colą na śmierć.. Znacie to, nie? To nie koniec atrakcji, w końcu to NOCNE CZUWANIE! W planach jest jeszcze droga krzyżowa, wspólna modlitwa, a o szóstej… JUTRZNIA! Marzyłem o tym! Ależ będzie krejzownie. Jak ktoś jest jeszcze chętny to śmiało, ilość miejsc chyba nie jest ograniczona ;-). Zygmunt też będzie, więc we 2 chyba możemy zapewnić jakiś tam poziom śmieszności całego tego zajścia :P.
W piątek jakiś koncert jeszcze jest, to zobaczymy co i jak, w czwartek jakiś konkurs z polskiego (w sumie teraz to mi już całkiem wszystko jedno, do wakacji mogę NIC nie robić xD ), jutro moja elo klasa jedzie do Częstochowy bić Warszawiaków. Czyli trochę się dzieje, bo jeszcze trzeba w tych planach upchnąć trochę wglądów w prace. Tylko tych warsztatów tanecznych przeboleć nie mogę.
3 krejzowne dni, każdego z nich po 2 godziny olimpijskiego stresu. Ta, stresu. Akurat xD.
W środę trzeba było zorganizować wszytskie możliwe talizmany, amulety i inne relikwie. Szczęśliwa bielizna, magiczne ołówki, zęby pradziadka, nici chirurgiczne z pleców koleżanek, wstawanie prawą nogą i reszta zabobonów. Tak właśnie Biszkopt próbuje sobie zapewnić pewny wjazd do liceum. Na razie nie ma co pisać ile punktów planuję mieć, ani czy mam nadzieje na laureata ;-). Jest przecież kwestia o wiele ważniejsza. Nie było drożdżówek! Jak to jest, że nawet na drugim etapie religii były, na finale WW były, a na fizyce, matmie ani nawet na niemieckim nie? No przecież matematyk też człowiek, jeść musi. Czy tamte “przedmioty” są jakieś inne, że muszą ludzi przekupywać jedzeniem, żeby ktoś chciał brać udział? Albo czemu ja akurat się sfinalizowałem z tych niedrożdżówkowych przedmiotów? Ale wspomnienia z dojazdów na miejsca konkursów pozostaną mi na długo xD. Jazda samochodem na fizykę albo radosne rozważania w autobusie przed matematyką - fajnie. Samą w sobie fizykę też fajnie się pisało. Były takie śmieszne, pochyłe blaty, z których zjeżdżały wszystkie cyrkle, ołówki, nawet kartki z zadaniami. No ale nic to.
W szkole dziś z naszej klasy było 12 osób - też fajnie chyba, nie? A zgadnijcie gdzie pisaliśmy niemiecki? Noo..? W mojej ukochanej Jedenastce! Wczoraj rano woźna próbowała mnie w niej uwięzić, dziś wzięła mnie za “tutejszego” i kazała mi zaprowadzić jakąś szychę z kuratorium do pokoju nauczycielskiego. Lubią mnie tam. Fajnie też został rozwiązany problem wręczenia uczestnikom zaświadczeń dotyczących ich finalizmu. Normalnie dają to przy “rejestracji”, jest ok. 5 stolików, przy pierwszym nazwiska na przykład od A do F i wtedy od razu dają papier. Ale w Jedenastce było inaczej. Ustawili 200 osób w długim wężyku, w JEDNYM długim wężyku. Sprytne, wydajne i efektywne. Całe szczęście, że mam znajomości, zaoszczędziłem dobre 40 minut stania. Dzięki Aga ;-). Wszystkim kobietom, panienkom, dziewczynom, dziewczętom, niewiastom, białogłowym, dziewicom, pannom, dziewojom, laskom, dziewuchom i całej reszcie obchodzącej jutro komunistyczne święto życzę niczego najgorszego (ot, tak przewrotnie). Niech Wam róże i inne die Tulpen nie zwiędną zbyt szybko.
Ha! Opis filmu, na który wszyscy z takim napięciem czekali był chwytem marketingowym!
Bo właściwie nie ma czego opisywać. Na opakowaniu napisali, że trwa 2,5 h, trwał ponad 3 godziny. Jak się potem okazało, mieliśmy wątpliwe szczęście trafić na wersję rozszerzoną. Film sam w sobie z czasem robił się coraz nudniejszy, ostatnie 15 minut przewinęliśmy. Okazało się to błędem, bo w zasadzie nie wiemy, co się stało z jednym z głównych bohaterów. Potem jeszcze nas w szkole zamknęli i musieliśmy się wymykać przez część seminaryjną, ja nie poszedłem na bierzmowanie bo nie było czasu i w ogóle.
Tak jeszcze nawiązując do rekolekcji- zastanawiałem się jakby by wyglądało zwolnienie do-domowe. “Proszę o zwolnieniu mojego syna Michała do domu po drugim czytaniu”? Albo “Proszę o zwolnienie mojego syna Michała w 30-ej minucie mszy”? Cał szczęście, że się zwalniać nie musiałem.
Olimpiady coraz bliżej, czuję ich oddech na plecach. Albo na twarzy, bo chyba nadchodzą bardziej frontalnie. Przeczytałem Ferdydurke, wiem jak działa fotokomórka, wiem że Coulomb to nie ten koleś od odkrycia Ameryki.. Czego chcieć więcej..? Jestem perfekcyjnie przygotowany. Byle by tylko były drożdżówki i soczek. Tak sobie myślę jaka moja będzie moja pierwsza myśl, gdy pojutrze się obudzę. Jak się ubrać? Czy muszę iść po mleko do piwnicy? Co za debil dzwonił w środku nocy wmawiając, że jest moją dziewczyną? Pożyjemy, zobaczymy.
Tak sobie dziś myślałem nad sensem ludzkiego życia, wiecie co wymyśliłem? Że życie jest jak słuchawki od mp3. Bo nic bardziej nie denerwuje jak supeł na kablu, bo w pewnym momencie się ten kabel rozdwaja, bo na końcu znika i jest jakoby go nie było, bo czasem kablem wędrują słowa w stylu “Gdy zobaczysz pierwszą krew mocno uderz jeszcze raz”, czasami leci jakieś techno z częstotliwością dwustu basów na sekundę do kwadratu, czasami piosenki o miłości, czasami “Pan kiedyś stanął nad brzegiem..” itd. Słuchawki jako metamorfoza ludzkiego życia, słuchawki jako symbol zmienności ludzkiej natury, słuchawki jako nawiązanie do dziedzictwa duchowego naszych przodków. Tylko co z tego? W sumie nic.
Miał być wiersz ale wiersza nie ma, ponieważ poczułem się przytłoczony poetyckim kunsztem Johana Kupsztala.