Truskawki z cukrem.

maj 28, 2008

Jakoś tak od rana mam nieopisaną wręcz ochotę zjedzenia truskawki z cukrem.
Ok, oto zapowiedziana notka ze zdjęciami. Na początku jeszcze krótka część opisowa będzie.
Tydzień temu po napisaniu kilku słów od Biszkopta Prowadzącego na tym zacnym blogu poszedłem do kina na Sierociniec. Film zaczynał się o 16.00, bilety kupiliśmy o 16.15. W sam raz żeby ominąć reklamy. Tylko miejsce miałem słabe - przy samych schodach, te głupie niebieskie światełka nie dawały mi spokoju. Film jako taki beznadziejny, podobno horrrorrrr. Gdy w domu na swoim maleńkim telewizorku oglądałem trailer bałem się bardziej niż na sali kinowej, z wielkim ekranem, przy zgaszonym świetle i z wypasionym dźwiękiem. A na dodatek bilety były droższe niż normalnie. Następnego dnia też byłem w kinie, tym razem na najnowszym Indianie. Jechałem autobusem z Gibonem, którego od siedzenia na krzesłku złapała kolka. Tak to jest, jak od roku nie ćwiczy się na WFie kaleko. Potem sobie wysiedliśmy, Gibon trzymając się za brzuch sapał “nie tak szybko”, ale nie to jest najważniejsze. Coś śmierdziało palącą się szkołą. Pomyśleliśmy, że to może paląca się szkoła. Po kilkunastu sekundach minęli nas strażacy w swym czerwonym Ferrari. Zatrzymali się przy śmietniku, wyciągnęli sikawki i przystąpili do akcji. Chcieliśmy ich obezwładnić i poczekać aż szkoła się zapali, ale stwierdziliśmy, że się na film spóźnimy. Zrobiłem tylko pamiątkowe zdjęcie:

Sam film niczym specjalnym nie był, taki w sam raz do obejrzenia z wyłączonym myśleniem. Momentami Wściekłe Pięści Węża wymagały szybszego kojarzenia faktów. Najlepszy był moment jak Indiana przeżył wybuch bomby atomowej zamykając się w lodówce. Potem jak gdyby nigdy nic otworzył ją od środka, wyszedł i się otrzepał. Kozak. A na końcu pojawiło się UFO nielubiące komunistów i wszystko się zawaliło, zatonęło i spłonęło. Potem się jeszcze okazało, że Michaś zostawił na sali parasol. A przypomniał sobie o nim gdy staliśmy pod McDonaldsem i zaczął padać deszcz.
Teraz jeszcze jedna fotka z Pragi:

Żeby nie było wątpliwości - żaden z nas nie wygląda tak na codzień, Jacek nie nosi bokserek na dżinsy, ja nie chodzę w kapturze, Ksawery nie gania w dresie i w kurtce Gibona i w ogóle.
Następna fotka - Punky Reggae Live.

Ten koleś obok mnie wygląda… conajmniej dziwnie. Zwróćcie jeszcze uwagę na dolny prawy róg zdjęcia, przed barierką. Nogi człowieka, którego głowa z pewnością niebezpiecznie szybko zbliżała się do podłogi, fajowo miał.
Wczoraj nam w szkole zdjęcia robili, indywidualne i grupowe. Ciężko zachować powagę jak Gibon z Ksawerym próbują Cię rozmieszyć, ale dałem radę. Ha! A potem zrobiliśmy własną sesję:

W tej za małej białej koszuli wyglądam jak gwiazda Disco Polo. I te nasze miny to w ogóle trochę ten tego, ale pani K. zaganiała nas już na lekcję, więc nie było czasu na ładne uśmiechy. Potem skoczyłem sobie do lekarza, od lekarza skoczyłem sobie do Michasia. U Michasia jak zwykle. Tylko że Plej Stejszyn Cwaj gdzieś z mieszkania wyparował. Postanowiliśmy przestraszyć kolesia, który miał przywieźć nam pizzę:


No, i kto wygląda najlepiej? Ja! Michaś przebrał się za Pana Tadeusza jakbyście się nie zorientowali, ja niby byłem jego ochroniarzem.
A już w sobotę wielki pijarski festyn. Nie piszę o tym bez powodu. Znacie Gracjana? Nie?

Zobaczcie na ilość obejrzeń. I teraz uwaga… Zaprosiliśmy Gracjana na festyn, strasznie się ucieszył i obiecał przyjść. Wreszcie będzie działo się coś ciekawego. Tak szczerze mówiąc to ja podziwiam Gracjana, grande respekt. Żółwik i w ogóle elo.

Biszkopt


Ja i Jenny byliśmy jak marchewki z groszkiem.

maj 22, 2008

Cytat wiadomo skąd. Nie żebym znał jakąś Jenny albo lubił marchewkę z groszkiem, ale głębokie to i fajne.
Tak jakoś nie mogłem się zebrać do pisania czegokolwiek. W szkole nadal nikt mnie nie rozumie, okazało się, że wypowiedzenie czyjegoś imienia i nazwisko obraża tą osobę. Wstydźmy się swoich nazwisk.
W czwartek widziałem na Karmelickiej kolesia skasowanego przez tramwaj. Tramwaje to tak naprawdę mroczni zabójcy i wysłannicy Szatana, wsiadając do nich nasze umysły zostają opętane przez Czarnego Motorniczego Śmierci. W sobotę byliśmy “Ekipą” (xD) u Michasia. Bawiliśmy się imadłem, graliśmy w Singstara (Zygmunt kosił wszystkich), oglądaliśmy filmy z polskiego artystycznego podziemia i katowaliśmy się pizzą o dość intensywnym smaku i w ogóle. Tytuł tego filmu to “Wściekłe Pięści Węża”. Humor na najwyższym światowym poziomie, aktorstwo jeszcze lepsza. I ta fabuła… Oto krótki fragment, cały film był mniej więcej w takim klimacie.

W piątek dostałem kopertę, w której były karteczki, na których osoby z klasy pisały moje wady i zalety (o ja, zdanie wielokrotnie złożone). Dowiedziałem się z nich, że jestem elokwentny, na początku nie byłem pewien czy wiem co to znaczy. A jedną z moich licznych wad jest to, że “trzymam się w grupie”. Dobra, od dziś siedzę w kącie, sam na sam z moją tęczową żyletką.
We wtorek był tydzień Warszawki w naszej pistacjowej szkole. Z Ksawerym przygotowaliśmy wspaniały poczęstunek - mieszankę warszawską. Receptura jest ściśle tajna, znają ją tylko najbardziej warszawscy z Warszawiaków (nie są oni zbytnio lubiani w Polsce, więc przepis ciężko zdobyć), ale powiem, że w skład wchodzą m.in. czipsy we wszystkich możliwych smakach, orzeszki solone i precelki beskidzkie (na paluszki Lajkonika brakło mi kasy). Okazało się, że ludzie w naszej szkole są w domu głodzeni, normalnie od tej miski to ich siłą trzeba było odciągać. No ale spoko.
Potem skoczyłem na rehabilitację, a następnie miałem jechać po tort urodzinowy dla Agi. Spoko, z Ułanów pod Bagatelę autobusem 50 minut. Dobre nowe zmodernizowane Rondo Mogilskie miało rozładować korki, jego ćwiartkę przejeżdżaliśmy 25 minut. Nie żebym narzekał, w środku przynajmniej było sucho, ale w sumie na piechotę przeszedłbym to 2 razy szybciej. A potem trzeba było iść na te urodziny żeby zjeść co się przywiozło. Nie byłbym sobą jakbym czegoś głupiego nie zrobił. Tym razem zapomniałem prezentu, ale spoko.
Wczoraj byłem świadkiem podrywu na stacji benzynowej. Bohaterowie: jakiś przypakowany i wytatuowany małpolud, a obok niego tleniona piękność, reprezentantka inteligencji. Dialog był krótki, on do niej:
- Hy, hy, hy, patrz, nie wolno k***a palić. To jakbym se k***a zajarał to wszystko by wy****ło w p***u?
Ona do niego:
- Hi, hi, hi, nooo (i zerka na niego wzrokiem pełnym uwielbienia).
A dziś chciałem sobie sprawdzić jak to jest na tej śmiesznej katolickiej procesji. I nie jest fajnie. Z przodu babcia, z prawej babcia z różańcem, z lewej dziadek z babcią, z tyłu babcia z książeczką… Osaczony przez fanatyków. Szkoda, że nikt nie organizuje kontrmanifestacji.

Biszkopt

Ps. W następnej notce będzie kilka zdjęć, żeby kolorowo było. I pamiętajcie - oglądajcie Modę na Sukces. Tylko tam jest prawdziwa Prawda.


Szczęśliwi czasu nie liżą.

maj 14, 2008

Autentyczny cytat z W11: “To nie ja zabiłem Luizę. Ja jej nie zabiłem.”. Dobre dialogi w telewizji są na wagę złota, a ponoć milczenie też jest złotem. Jaki z tego morał…?
Tym oto wstępem wprawiłem Was w poważny nastrój i w ogóle, głeboko jest. W szkole na przerwach zamiast się uczyć (bo w domu nie ma przecież czasu na głupoty) to gramy w piłkę, wszyscy mają serdecznie dość lekcji, najczęstsze spory są o to, czy mówi się “pole” czy “dwór”. Zbliżają się wakacje.
Wczoraj od nauczycielki usłyszałem, że “ładne mam pantalony”. Ma się ten gust, co nie. Dzisiaj w tych pantalonach byłem w kościele na bierzmowaniu Ol, Radziów, Żurków itd. W całym kościele chyba nie było nikogo w spodniach w czerwoną kratę, oczywiście oprócz mnie. W sumie nudy były, coś się przeszliśmy, coś się posiedziało na schodach przed Świątynią Pana i jakoś półtorej godziny minęło. Nawet miałem do czynienia z lokalną ugorkową gangsterką, groźni są. Rośnie nam kolejne pokolenie polskich Fiftisętów i innych Nygagangstabiczłotsapmenmadafakajoł. Szkoda że odpuścili, jakbym dostał od nich baty pod kościołem to byłbym męczennikiem. Z okazji bierzmowania życzę wszystkim, żeby Słowo Boże prowadziło Was przez kręte i wyboiste ścieżki ludzkiego życia. I żeby na końcu tej ścieżki nie było czegoś lipnego, np. szaleju jadowitego.Co do religii - dziś dowiedzieliśmy się, że tylko nasza wiara jest Prawdą. Można było to powiedzieć na początku lekcji, przynajmniej nie podejmowalibyśmy próby merytorycznej dyskusji. A wczoraj mieliśmy skojarzyć Arystotelesa z baranem (jakoś tak sobie dojść od jednego do drugiego). Podobno na religii na każde pytanie trzeba odpowiadać Jezus i jest dobrze, tak było i tym razem. Siostrze najbardziej podobała się odpowiedź “Arystoteles -> stworzenie Boże -> baran”. Jeszcze tylko 1,5 miesiąca.
Jeszcze się chciałem pochwalić, że ze spr. z niemca miałem 44,75/45 pkt. Mogłbym mieć 6, ale uznałem, że i tak nie będę miał wystarczająco dużo punktów, żeby tą część na 6 (trzeba było dodatkowo wypracowanie napisać) mi ktoś sprawdził. Cały ja po prostu.

Biszkopt

Ps. W poprzedniej notce w interpretacji mojego sonetu jest błąd. Napisałem “paralelizm”, okazało się, że jest to anafora. Pozwolę sobie użyć kolokwializmu, jak to wy mówicie, mówiąc Waszym językiem, sięgając po wulgaryzm i w ogóle - sorry (to takie nawiązanie do nauczycieli, którzy po takich wstepach używają tak hardkorowych słów jak np. “olewać”).


UROCZYSTA PIŃDZIESIĄTA NOTKA!

maj 8, 2008

Elo, blog wraca do korzeni, do wszechogarniającej nudy i senności (senność i ogólne przymulenie jest w poezji nazywane oniryzmem).
Nie było wcześniej o czym pisać, a dodatkowo ostatnio cały czas przy kompie spędzam na graniu w Wiedźmina xD. W niedzielę byłem na meczu Wisły, fajny był. Siedem bramek w sumie padło, były i emocje, i ambitny doping, i w ogóle. Potem fajny powrót autobusem był, eskortowała nas policja (ta, grali se w karty na pleksiglasowej tarczy).
Ostatnio poczyniłem ciekawe obserwacje. Wszyscy się do mnie o wszystko przyczepiają, nikt mnie nie rozumie, jestem skłócony z otoczeniem, jestem samotny i nieszczęśliwie zakochany, gardzę motłochem, jestem skłonny do zemsty oraz uważam, że życie nie ma sensu, a ponadto protestuję przeciwko feudalnemu kształtowi państwa. Jednym słowem - jestem… bohaterem romantycznym (Myśleliście, że chodzi o emo? Wywiodłem Was w pole, ha!). Z tej też okazji postanowiłem napisać sonet. Podobno to jest trudne, więc wyjdzie mi jak wszystkie moje pozostałe wiersze i inne dzieła literackie, ale pierwsze sonety za kuwety, joł. Będzie to jubileuszowy sonet dla mojego bloga, w końcu pińdziesiąt wpisów to chyba fajnie.

Jest jedno takie miejsce, gdzieś w szponach Internetu
Jest jedno takie miejsce, na lewo od klozetu
Jest jedno takie miejsce, płacz i zgrzytanie zębów
Jest jedno takie miejsce, gdzie nie je się otrębów

Sprawcą tego wszystkiego jestem Ja
Uuu, ribi dibi, cza cza cza cza
Nie bocian, nie klamka, nie otręb zbożowy
Jam jest Biszkopt, i mój blog jest kolorowy

Ale po co to, na co to i komu?
Nie wiedzą tego chłopcy w Iraku
Choć chcieliby wrócić do domu

Pamiętajmy o Titanica wraku
I ten tego, ogólnie wiesz ziomuś
Cięty bądź i ruszaj do ataku

Jak widać, pierwsza zwrotka opisuje temat, druga odnosi go do podmiotu wiersza, a tercyny zawierają refleksję na jego temat, czyli tak jak każe Wikipedia. W pierwszej strofie paralelizm składniowy, ma na celu pokazać, jak schematyczny jest świat, w którym przyszło nam żyć. Jak sztywne są ramy schematów zachowań wpajanych nam od dziecka. Otręby symbolizują coś robionego tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia, np. chodzenie do kościoła. Czwarty wers można rozumieć tak, iż blog ten nie chodzi do kościoła, jest ateistą i odrzuca wszelkie wartości religijno-moralne, jest to jednak daleko idąca interpretacja. W drugiej strofie znajdują się onomatopeje, ich zadaniem jest wprowadzenie odbiorcy w pozytywny nastrój, podświadomie działa na zmysł wzroku i słuchu, bo wyobrażamy sobie śpiewającego bociana z jedną nogą w takiej skarpecie jakby, takiej rajstopie z wełny i trocin z dodatkiem poliuretanu. W trzeciej zwrotce nawiązanie do Iraku, przesłanie pacyfistyczne, potępienie pilnowania porządku za pomocą myśliwców i ostrej amunicji. W strofie ostatniej widzimy z kolei odwołanie do najsłynniejszego statku wszech czasów. Musimy pamiętać, że cała ta nasza marna cywilizacja powoli opada na dno. Albo i nie opada, ale pewnego dnia po prostu bez żadnego ostrzeżenia ********* się na sam dół. W drugim wersie kolokwializm, ma przedstawić podmiot liryczny jako osobę fajną i elo, bliską odbiorcy. Wiemy jednak, że to nieprawda, bo jestem wyalienowanym odludkiem który na śniadanie wsuwa jakieś ohydne korzonki i myje się wyciskając wodę z gałęzi. A na samym końcu apostrofa do czytelnika i pochwała ciętości, bo to moja ulubiona cecha, niemal tak ważna jak pokora.
Jestem wieszczem, pozdrawiam moją 4+ z polskiego.

Biszkopt