Bułkarnia.

lipiec 4, 2008

Jutro wcześnie z rańca wyruszamy do Bułgarii kraść kebaby. No, nareszcie.
Tym razem bez grilla (bo co za frajda jeść gorące kiełbaski, kiedy za oknem jest 50 stopni), ale i tak powinno być fajnie. Ekipa, morze i w ogóle ;-). Cześć pa, wracamy 16 lypca.
Dziś miałem okazję poznać połowę (?) swojej przyszłej klasy. Jest Zygmunt, więc spoko. Tylko jeszcze muszę sobie wymyślić kogo będę udawał żeby mnie wszyscy lubili, bo w nowej szkole to koniecznie trzeba kogoś udawać. Może powiem o wujku właścicielu Interii (wiadomo o co chodzi) albo o tym, jak w gimnazjum nikt mnie lubił, bo byłem najprzystojniejszy (ok, to pewnie tylko Gibon załapie xD). Albo zacznę udawać szarmanckiego informatyka-romantyka-paralityka, który z miłości zapchał swojej wybrance skrzynkę mailową ofertami drogich, szwajcarskich zegarków. Wszystkie na to polecą.
Z Biszkoptowego kalendarza: 2.07 minął rok od pierwszej próby naszego zespołu z perkusistą. Wtedy również nagrana została piosenka (jak to dumnie brzmi, piosenka) pod tytułem Daria Wypych. Mieliśmy wtedy tylko jednego elektryka, teraz mamy 3 i bas, a grać wciąż za cholerę nie umiemy.
3.07 minął rok od koncertu Red Hotów. Znalazłem się tam przez przypadek, dzień wcześniej, po powrocie z wyżej wspomnianej próby, tatuś zapytał “czy może bym nie pojechał sobie jutro do Chorzowa na koncert”. No i sobie pojechałem. Tego samego dnia miało miejsce również inne wydarzenie, które zadecydowało o wyglądzie ostatniego roku oraz tego jak i z kim spędzałem większość wolnego czasu. No, ale nie napiszę o co chodzi, żeby nie było za fajnie xD.
A ponieważ zapomniałem napisać wcześniej, to napiszę teraz – jak wiadomo, skończyło się Ojro 2008. Przed meczem z Chorwacją w studiu analizowano grę polskiej drużyny. Zachwycano się świetną grą napastników, konstruowaniem strasznie pomysłowych akcji przez naszą drużynę, znakomitą współpracę między obrońcami i pomocnikami i innymi bajerami. Brzmiało to mniej więcej tak: “Rewelacyjne rozciagnięcie na lewą stronę, świetne przyjęcie piłki, Krzynówek znakomicie dostrzegł Smolarka wbiegającego w pole karne, zgrywa mu piłkę i… Smolarek w nią nie trafia.” I na ekranie telewizorów widzieliśmy Ebiego machającego nogą 40cm obok piłki. Tak właśnie wygląda polski futbol. Ale przynajmniej Ebi zaklął po polsku, a w jego przypadku to i tak nieźle.

Biszkopt.

Ps. Nie tęsknię.


Witaj lipcze!

lipiec 1, 2008

Wreszcie otrząsnąłem się po rozstaniu z 3B. Niby tylko trzy lata, ale to przecież 18,75% mojego życia.
Moją edukację na poziomie gimnazjalnym zakończyłem ze średnią trochę powyżej tej potrzebnej do paska, z wynikiem egzaminu gimnazjalnego, który można określić jako wyróżniający się, z żółtymi papierami (xD) z napisem “Zaświadczenie”, których ilość można nazwać dość okazałą i w ogóle. Jak tak sobie myślę, ile razy człapałem do tego pistacjowego budynku, to aż… Nie, nie chce mi się płakać. Ani nie drży mi serce, nie wspominam, nie tęsknię, nie chciałbym tam wrócić. Po prostu dziwię się, że moje nogi jeszcze są w stanie nadającym się do użytku. Korzystając z faktu, że już nie czytają tego moi aktualni nauczyciele, mógłbym napisać, że mnie ta szkoła ograniczała, że te cholerne mundurki nie przepuszczały powietrza i uciskały moją osobowość, że na lekcjach uwierał mnie “katolicki charakter szkoły” albo że obcierały mnie poglądy bardziej katolickiej części braci uczniowskiej (a dokładnie tej części, której rodzice takowe poglądy posiadali) ale po co to pisać? Cieszmy się wakacjami, a niech niczego nieświadomi 13-latkowie pchają się drzwiami i oknami do elitarnej szkoły zakonu Ojców Pijarów w Krakowie. Po zakończeniu roku w 17 osób poszliśmy na pizzę, nawet Piter był. To chyba jest najfajniesze, że po tych 3 latach, nawet w obecności ludzi z C, pizza dała się zjeść. Czyżby integracja w Pradze?
Nie zamierzam pisać za kim będę tęsknił i dlaczego, bo czas jest jak rzeka, a gdy baba z wozu ten sam w nie wpada. 3B i tak była najfajniejsza.
Wakacje sobie powolutku mijają, imprezowo, koncertowo i w ogóle. Nawet przetrwałem kilkudniowe odwiedziny kuzynek. Myślicie, że przyjechały zobaczyć się z ukochanym mną, którego nie widziały za górami, za lasami albo jeszcze dawniej? O, nic bardziej mylnego. Po prostu w Krakowie był koncert Celine Dion. No ale i tak dużo w domu to mnie nie było. Michaś ma fajne mieszkanie. Oto co wyjdzie ze skrzyżowania byłych Pijarów, byłych uczennic naszej zaprzyjaźnionej i ukochanej Jedenastki oraz niebyłego licealisty z Ósemki:

W piątek byliśmy w Imbirze na koncercie. Grały 3 zespoły, muzykę można określić jako darcie ryja przerywanego solówkami długowłosych gitarzystów, którzy za umiejętność gry na gitarze sprzedali duszę Szatanowi. Najfajniejszą zabawą jest zgadywanie nazw aktualnie grających zespołów. Podejście pierwsze:
- Ja myślę, że to Purple Haze.
- E, raczej Krowa.
- Witamy w klubie Imbir, nazywamy się Head Up High!
Podejście drugie:
- No to teraz Purple Haze.
- No, wyglądają jakby to byli oni.
- Dobry wieczór, jesteśmy Krowa!
Trzeci zespół, o dziwo, odgadliśmy.
Było fajnie, oprócz mnie i Mirka był jeszcze Michaś ze swoimi nowymi okularami słonecznymi, które uniemożliwiały mu masakrowanie chudszych od niego w pogo. Dzień później obudziłem się za wcześnie i z nudów poszedłem do fryzjera. Do 3 razy sztuka, wreszcie nie muszę ciągle chodzić w czapce. Ale i tak nie mogło być za dobrze, więc nie jest za dobrze. Sami rozumiecie o co chodzi, to logiczne. Potem na imprezę do Michasia, potem do Rotundy na kolejny koncert. Skończyło się tak, że leżeliśmy na błoniach słuchając supportu Celine Dion. Potem skoczyliśmy do Rotundy posłuchać znajomych Michasia (O, pan wokalista, dzień dobry), spotkaliśmy wokalistę jednego z zespołów, które koncertowały dzień wcześniej, a potem znów na błonia. Niebo o 22 jest fajne, zwłaszcza jak nieopodal słychać wokal panny Celine.
A Mirek ma basa.

Biszkopt

Ps. Fajną klasę będę miał w liceum. Harem, możnaby powiedzieć.