1701867809.

wrzesień 26, 2008

Tytuł notki jest liczbą pierwszą, którą po 24 godzinach pracy wygenerował nasz program służący do… generowania liczb pierwszych.

Nie żebym nie miał lepszych rozrywek niż program wypisujący liczby pierwsze, ale przecież jestem na obozie naukowym. Obóz naukowy polega na tym, że na 10 facetów przypada jedna dziewczyna. Obóz naukowy jest jakby jedną wielką klasą algo. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu są tu prawie sami uczniowie klas E, czyli oprócz jednej dziewczyny, na 10 mężczyzn przypada 9,83 laptopa. Przywieziono tu nawet drukarkę laserową, bo tablice i projektor multimedialny to norma.

Przeciętny dzień zaczyna się, paradoksalnie, w środku nocy. Już o 8.45 jest śniadanie. Śniadaniem nazywamy talerzyk, na którym leży ilość masła wystarczająca do posmarowania trzech małych kromek chleba, a także 4, w porywach do 5, plasterki wędliny. Jem to w sposób bardzo sprytny, godny asów wywiadu, którzy muszą sobie radzić w samym sercu tajgi syberyjskiej (Albo tundry? Albo ani tajga ani tundra nie jest na Syberii…?). Mianowicie – smaruję kromkę chleba masłem i kładę na nią 2 kawałki szynki. To wszystko przykrywam drugą, nieposmarowaną kromką. Generalnie wędliny wyczuć się tam nie da, więc popijam “kanapkę” herbatą. Czego jak czego, cukru mają chyba pod dostatkiem. Chleb popity taką herbatą smakuje jak drożdżówka. Obiady nie lepsze, kolacje tak samo. Łazienki mają rozmiary porównywalne do szafy, siadając na kiblu należy uważać, żeby nie wybić sobie zębów o umywalkę. No ale miało być o typowym dniu na obozie naukowym.

Po śniadaniu 2 godzinki zajęć z matematyki. Jest fajnie, wszyscy zaspanymi oczkami tępo wpatrują się w tablicę próbując zrozumiać wzory, symbole, oznaczenia, równania i inne tłumaczenia. Nie no, żart. Akurat zajęcia z matematyki są w porządku. Po zajęciach (godzina 11.30) 2 godziny wolne, bo dopiero za 2 godziny będzie obiad (13.30, wczesny ranek). Ten czas można poświęcić na przykład na rozwiązywanie zadań na jutrzejsze zajęcia, pisanie programów, które muszą zostać zaliczone do końca września i tak dalej. Ja najczęściej leżę na łóżku nie robiąc nic, czasami gram na laptopie. Mówiłem już, że na terenie całego ośrodka jest Internet? Jak nie to mówię. Co prawda jedna Neostrada, z której chce korzystać 50 osób z laptopami to trochę mało, ale wszystkiego mieć nie można.

Po obiedzie zaczynają się wykłady. Każdy trwa godzinę, niektóre odbywają się równocześnie z innymi, większość jest niezrozumiała, pozostałe i tak nie są porywająco ciekawe. Na wykłady można nie chodzić. Nikomu nie robi różnicy czy śpi się w pokoju czy przy pierwszym stoliku (oczywiście oprócz osoby śpiącej, stoliki z natury nie są zbyt wygodne). Tematy wykładów bywają różne – od algorytmów tekstowych (algorytm Manachera, wyszukiwanie najdłuższych prefikso-sufiksów itd.) przez algorytmiczną teorię liczb (test pierwszości ASK, szukanie długości cyklów) po lingwistykę, działanie grupy na zbiorach oraz teorię informacji. Ludzie różnie zachowują się po powrocie do pokoju. Łukasz na pytanie “jak było?” wybuchnął śmiechem, Zygmunt narzekał, że ktoś ciągle go budził albo usprawiedliwiał nierozumienie wykładu nieznajomością jakiegoś mądrego słowa. Dobrą chwilę zajęło nam ustalenie, o jakie słowo chodziło. W końcu okazało się, że była to “entropia”. Użyliśmy google’a. Pierwszy link z Wikipedii: “Entropia jest to termodynamiczna funkcja stanu, określająca kierunek przebiegu procesów spontanicznych (samorzutnych) w odosobnionym układzie termodynamicznym. Jest wielkością ekstensywną.”. Całkiem fajnie, jednak okazało się, że to nie o tą entropię chodziło. Właściwa entropia nie ma już tak fajnej definicji, ma za to ciekawy wzór, wygląda on tak:
Image Hosted by ImageShack.us
Pokazaliśmy go Dawidowi. Dawid po chwili namysłu stwierdził “No, to ha od iks chyba kojarzę.”.

Po wykładach, w godzinach popołudniowych (18.15), kolacja, po kolacji wieczorynka. Nie, nie taka wieczorynka. Taka inna. Chodzi o wieczorny wykładzik-lajcik. Wieczorynki są fajne, pierwsza dotyczyła kryptografii niestosowanej. Brzmi nieźle, ale powiem tylko, że nauczyliśmy się łamać niewyobrażalnie dobrze zabezpieczone hasła na GG. Na kolejnej wieczorynce poznaliśmy kilka ciekawych wzorów oraz dowiedzieliśmy się, co robić by kromka nie spadła na stronę z masłem. Wszystko poparte obliczeniami. Po wieczorynce zdaża się jeszcze jakieś omówienie zadań z konkursu informatycznego czy coś.

Od północy cisza nocna, której wczoraj nie było. W pokoju obok mieszkają dziewczyny, mamy z nimi wspólny balkon, nie było ciszy nocnej… I co? Sęk w tym, że nic. To jest dramat, że nawet w takich okolicznościach nie warto wychodzić z pokoju, bo najnormalniej w świecie nie ma do kogo pójść. Efektem braku ciszy nocnej była moja nieobecność na śniadaniu oraz fakt, że z łóżka wyszedłem ok. 13.30. A wyszedłem tylko po to, żeby pójść do sklepu. Sklep jak sklep, spodobała mi się wisząca przy alkoholach kartka z napisem wykonanym przy pomocy długopisu “Kredytu nie udzielamy”. Wracam we wtorek.

Biszkopt

Ps. Na pożegnanie zdjęcie z Bułgarii, tytuł zdjęcia: “Impossible is nothing”. Kilka chwil później Michaś spadł wiadomo na co. Aż było czuć pod nogami jak zatrzęsła się podłoga, zacząłem się zastanawiać skąd Michasiowi wystawać będzie kręgosłup i jak szybko krew ścieka po ścianie. Na szczęście Michaś wstał i powiedział tylko, że boli go palec.


V.

wrzesień 20, 2008

Nie wiadomo kiedy zaczął się wrzesień. A co za tym idzie – przyszedł też czas na 69-tą rocznicę wybuchu Wiadomo Której Wojny Wiadomo Jakiej i początek roku szkolnego.

Pierwszy dzień w nowym liceum niczym się nie wyróżniał. Jak zwykle uciekł mi autobus.
Po 2 tygodniach nauki stwierdzam, że w porównaniu do gimnazjum jest tu fajnie. 6 z informatyki można dostać za napisanie konkursu ortograficznego lepiej od nauczyciela, na algorytmice siedzimy w czapkach z gazety podczas gdy nauczyciel uczy nas jak powinno się bezpiecznie spać na lekcjach, ksiądz na religii namawia nas do wstąpienia do Klubu Abstynenta oferując w zamian litr wódki na osiemnastkę, nauczycielka polskiego jako budzik w komórce ma ustawioną piosenkę pt. “W aucie”, a kobieta od biologii nie ma nigdy dla nas czasu i od początku roku mieliśmy z nią niecałe dwie lekcje.

W czwartek wróciłem z obozu integracyjnego. Jechaliśmy my, czyli 1E (mówiłem już, że gość od WOSu mówi na nas tranzystorki, ksiądz nazywa nas cyborgami, a od jednej dziewczyny usłyszałem o “chodzących soft’ach”? xD), 1 Fu czyli biol-chem, a także 1A, czyli human nad humanami. My nie lubimy humanów, nas nie lubi nikt, więc integracja w takim gronie nie była sprawą prostą. Ale zaczynając od początku – jedziemy sobie spokojnie do Bukowiny, aż w pewnym momencie zaczęło się dymić spod siedzeń na końcu. Na końcu oczywiście siedziałem ja z Zygmuntem. Oprócz dymu w całym autobusie zaczęło śmierdzieć benzyną. Zaczeliśmy się zastanawiać o co kaman, czy to terroryści czy też humany bawią się w “Mamy cię!”. Ostateczna wersja jest taka, że biol-chemy chciały nas wysadzić. Pożytku nie było z tego żadnego, bo przesadzili nas do jakiegoś PKSu, a pozostałe klasy musiały na nas czekać z obiadem.
Co do samego obozu – w życiu nie widziałem takiego szwedzkiego stołu. Jajecznica, paróweczki, 3 rodzaje chleba plus bułki, płatki kukurydziane i wszelakie inne Neskłiki, pasztety, szynki, pączki, drożdżówki, ciastka, dżemy, sery, sałatki, 3 różne rodzaje herbat i w ogóle. Nie wiem czy dało się przez te 4 dni spróbować wsyzstkiego. W pokoju fajne łazienki z fajnymi kafelkami, telewizor z HBO, Eurosportem itd. Kawa dostępna o każdej porze dnia i nocy (i bardzo dobrze, dziennie piłem około 7-miu), tak samo wrzątek, co umożliwiało konsumpcję kiślów.
Jedyne co mogło zepsuć cały obóz to cisza nocna i jakieś debilne kary rodem z podstawówki w stylu pompek za rozmowy po 22. W sumie cisza nocna ograniczała się do zakazu wrzeszczenia na cały ośrodek, siedzieć w cudzych pokojach (albo w swoim ale za to z towarzystwem) można było do rana. Zajęcia z psychologami dało się przeżyć, podobno jestem sangwinikiem. Fajne słowo nie? Pogoda była taka, że połowa klasy jest chora.
Zawsze myślałem, że to ja dużo siedzę przy kompie, okazuje się, że żyłem w wielkim błędzie. W ośrodku były komputery i wi-fi (w sumie samo wi-fi by wystarczyło, oprócz mojego w klasie było 6 laptopów i toster xD), pomyślcie sobie czy moi koledzy z klasy, bądź co bądź, mat-inf, mogli przejść obok tego obojętnie? Oczywiście, że nie. Nawet podczas obiadów ciągle słyszało się o runtime errorach i błędach kompilacji. Właśnie dlatego ludziom z humana wmawiałem, że jestem z biol-chemu i na odwrót xD. Podobnie mówiąc o gimnazjum używałem numeru 52, niestety, tym razem było kilka osób, które wiedziały o co kaman.
Jeszcze przed odjazdem pożegnałem Kasię, która przepisała się do V, gdyż stwierdziła, że Jej dotychczasowa szkoła jest beznadziejna. To się porobiło… xD.

Wczoraj byłem rekreacyjnie w szkole. Rekreacyjnie, bo pojutrze jadę na obóz naukowy i wracam 30 września. Czyli ostatniej nocy będę miał imieniny. Chyba z tej okazji napiszemy sobie jakiś fajny imieninowy program w C++.

Biszkopt
Ps. 2 dni temu minął rok, od kiedy założyłem tego bloga :-).