1701867809.

wrzesień 26, 2008

Tytuł notki jest liczbą pierwszą, którą po 24 godzinach pracy wygenerował nasz program służący do… generowania liczb pierwszych.

Nie żebym nie miał lepszych rozrywek niż program wypisujący liczby pierwsze, ale przecież jestem na obozie naukowym. Obóz naukowy polega na tym, że na 10 facetów przypada jedna dziewczyna. Obóz naukowy jest jakby jedną wielką klasą algo. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu są tu prawie sami uczniowie klas E, czyli oprócz jednej dziewczyny, na 10 mężczyzn przypada 9,83 laptopa. Przywieziono tu nawet drukarkę laserową, bo tablice i projektor multimedialny to norma.

Przeciętny dzień zaczyna się, paradoksalnie, w środku nocy. Już o 8.45 jest śniadanie. Śniadaniem nazywamy talerzyk, na którym leży ilość masła wystarczająca do posmarowania trzech małych kromek chleba, a także 4, w porywach do 5, plasterki wędliny. Jem to w sposób bardzo sprytny, godny asów wywiadu, którzy muszą sobie radzić w samym sercu tajgi syberyjskiej (Albo tundry? Albo ani tajga ani tundra nie jest na Syberii…?). Mianowicie – smaruję kromkę chleba masłem i kładę na nią 2 kawałki szynki. To wszystko przykrywam drugą, nieposmarowaną kromką. Generalnie wędliny wyczuć się tam nie da, więc popijam “kanapkę” herbatą. Czego jak czego, cukru mają chyba pod dostatkiem. Chleb popity taką herbatą smakuje jak drożdżówka. Obiady nie lepsze, kolacje tak samo. Łazienki mają rozmiary porównywalne do szafy, siadając na kiblu należy uważać, żeby nie wybić sobie zębów o umywalkę. No ale miało być o typowym dniu na obozie naukowym.

Po śniadaniu 2 godzinki zajęć z matematyki. Jest fajnie, wszyscy zaspanymi oczkami tępo wpatrują się w tablicę próbując zrozumiać wzory, symbole, oznaczenia, równania i inne tłumaczenia. Nie no, żart. Akurat zajęcia z matematyki są w porządku. Po zajęciach (godzina 11.30) 2 godziny wolne, bo dopiero za 2 godziny będzie obiad (13.30, wczesny ranek). Ten czas można poświęcić na przykład na rozwiązywanie zadań na jutrzejsze zajęcia, pisanie programów, które muszą zostać zaliczone do końca września i tak dalej. Ja najczęściej leżę na łóżku nie robiąc nic, czasami gram na laptopie. Mówiłem już, że na terenie całego ośrodka jest Internet? Jak nie to mówię. Co prawda jedna Neostrada, z której chce korzystać 50 osób z laptopami to trochę mało, ale wszystkiego mieć nie można.

Po obiedzie zaczynają się wykłady. Każdy trwa godzinę, niektóre odbywają się równocześnie z innymi, większość jest niezrozumiała, pozostałe i tak nie są porywająco ciekawe. Na wykłady można nie chodzić. Nikomu nie robi różnicy czy śpi się w pokoju czy przy pierwszym stoliku (oczywiście oprócz osoby śpiącej, stoliki z natury nie są zbyt wygodne). Tematy wykładów bywają różne – od algorytmów tekstowych (algorytm Manachera, wyszukiwanie najdłuższych prefikso-sufiksów itd.) przez algorytmiczną teorię liczb (test pierwszości ASK, szukanie długości cyklów) po lingwistykę, działanie grupy na zbiorach oraz teorię informacji. Ludzie różnie zachowują się po powrocie do pokoju. Łukasz na pytanie “jak było?” wybuchnął śmiechem, Zygmunt narzekał, że ktoś ciągle go budził albo usprawiedliwiał nierozumienie wykładu nieznajomością jakiegoś mądrego słowa. Dobrą chwilę zajęło nam ustalenie, o jakie słowo chodziło. W końcu okazało się, że była to “entropia”. Użyliśmy google’a. Pierwszy link z Wikipedii: “Entropia jest to termodynamiczna funkcja stanu, określająca kierunek przebiegu procesów spontanicznych (samorzutnych) w odosobnionym układzie termodynamicznym. Jest wielkością ekstensywną.”. Całkiem fajnie, jednak okazało się, że to nie o tą entropię chodziło. Właściwa entropia nie ma już tak fajnej definicji, ma za to ciekawy wzór, wygląda on tak:
Image Hosted by ImageShack.us
Pokazaliśmy go Dawidowi. Dawid po chwili namysłu stwierdził “No, to ha od iks chyba kojarzę.”.

Po wykładach, w godzinach popołudniowych (18.15), kolacja, po kolacji wieczorynka. Nie, nie taka wieczorynka. Taka inna. Chodzi o wieczorny wykładzik-lajcik. Wieczorynki są fajne, pierwsza dotyczyła kryptografii niestosowanej. Brzmi nieźle, ale powiem tylko, że nauczyliśmy się łamać niewyobrażalnie dobrze zabezpieczone hasła na GG. Na kolejnej wieczorynce poznaliśmy kilka ciekawych wzorów oraz dowiedzieliśmy się, co robić by kromka nie spadła na stronę z masłem. Wszystko poparte obliczeniami. Po wieczorynce zdaża się jeszcze jakieś omówienie zadań z konkursu informatycznego czy coś.

Od północy cisza nocna, której wczoraj nie było. W pokoju obok mieszkają dziewczyny, mamy z nimi wspólny balkon, nie było ciszy nocnej… I co? Sęk w tym, że nic. To jest dramat, że nawet w takich okolicznościach nie warto wychodzić z pokoju, bo najnormalniej w świecie nie ma do kogo pójść. Efektem braku ciszy nocnej była moja nieobecność na śniadaniu oraz fakt, że z łóżka wyszedłem ok. 13.30. A wyszedłem tylko po to, żeby pójść do sklepu. Sklep jak sklep, spodobała mi się wisząca przy alkoholach kartka z napisem wykonanym przy pomocy długopisu “Kredytu nie udzielamy”. Wracam we wtorek.

Biszkopt

Ps. Na pożegnanie zdjęcie z Bułgarii, tytuł zdjęcia: “Impossible is nothing”. Kilka chwil później Michaś spadł wiadomo na co. Aż było czuć pod nogami jak zatrzęsła się podłoga, zacząłem się zastanawiać skąd Michasiowi wystawać będzie kręgosłup i jak szybko krew ścieka po ścianie. Na szczęście Michaś wstał i powiedział tylko, że boli go palec.


Bułkarnia.

lipiec 4, 2008

Jutro wcześnie z rańca wyruszamy do Bułgarii kraść kebaby. No, nareszcie.
Tym razem bez grilla (bo co za frajda jeść gorące kiełbaski, kiedy za oknem jest 50 stopni), ale i tak powinno być fajnie. Ekipa, morze i w ogóle ;-). Cześć pa, wracamy 16 lypca.
Dziś miałem okazję poznać połowę (?) swojej przyszłej klasy. Jest Zygmunt, więc spoko. Tylko jeszcze muszę sobie wymyślić kogo będę udawał żeby mnie wszyscy lubili, bo w nowej szkole to koniecznie trzeba kogoś udawać. Może powiem o wujku właścicielu Interii (wiadomo o co chodzi) albo o tym, jak w gimnazjum nikt mnie lubił, bo byłem najprzystojniejszy (ok, to pewnie tylko Gibon załapie xD). Albo zacznę udawać szarmanckiego informatyka-romantyka-paralityka, który z miłości zapchał swojej wybrance skrzynkę mailową ofertami drogich, szwajcarskich zegarków. Wszystkie na to polecą.
Z Biszkoptowego kalendarza: 2.07 minął rok od pierwszej próby naszego zespołu z perkusistą. Wtedy również nagrana została piosenka (jak to dumnie brzmi, piosenka) pod tytułem Daria Wypych. Mieliśmy wtedy tylko jednego elektryka, teraz mamy 3 i bas, a grać wciąż za cholerę nie umiemy.
3.07 minął rok od koncertu Red Hotów. Znalazłem się tam przez przypadek, dzień wcześniej, po powrocie z wyżej wspomnianej próby, tatuś zapytał “czy może bym nie pojechał sobie jutro do Chorzowa na koncert”. No i sobie pojechałem. Tego samego dnia miało miejsce również inne wydarzenie, które zadecydowało o wyglądzie ostatniego roku oraz tego jak i z kim spędzałem większość wolnego czasu. No, ale nie napiszę o co chodzi, żeby nie było za fajnie xD.
A ponieważ zapomniałem napisać wcześniej, to napiszę teraz – jak wiadomo, skończyło się Ojro 2008. Przed meczem z Chorwacją w studiu analizowano grę polskiej drużyny. Zachwycano się świetną grą napastników, konstruowaniem strasznie pomysłowych akcji przez naszą drużynę, znakomitą współpracę między obrońcami i pomocnikami i innymi bajerami. Brzmiało to mniej więcej tak: “Rewelacyjne rozciagnięcie na lewą stronę, świetne przyjęcie piłki, Krzynówek znakomicie dostrzegł Smolarka wbiegającego w pole karne, zgrywa mu piłkę i… Smolarek w nią nie trafia.” I na ekranie telewizorów widzieliśmy Ebiego machającego nogą 40cm obok piłki. Tak właśnie wygląda polski futbol. Ale przynajmniej Ebi zaklął po polsku, a w jego przypadku to i tak nieźle.

Biszkopt.

Ps. Nie tęsknię.


Truskawki z cukrem.

maj 28, 2008

Jakoś tak od rana mam nieopisaną wręcz ochotę zjedzenia truskawki z cukrem.
Ok, oto zapowiedziana notka ze zdjęciami. Na początku jeszcze krótka część opisowa będzie.
Tydzień temu po napisaniu kilku słów od Biszkopta Prowadzącego na tym zacnym blogu poszedłem do kina na Sierociniec. Film zaczynał się o 16.00, bilety kupiliśmy o 16.15. W sam raz żeby ominąć reklamy. Tylko miejsce miałem słabe – przy samych schodach, te głupie niebieskie światełka nie dawały mi spokoju. Film jako taki beznadziejny, podobno horrrorrrr. Gdy w domu na swoim maleńkim telewizorku oglądałem trailer bałem się bardziej niż na sali kinowej, z wielkim ekranem, przy zgaszonym świetle i z wypasionym dźwiękiem. A na dodatek bilety były droższe niż normalnie. Następnego dnia też byłem w kinie, tym razem na najnowszym Indianie. Jechałem autobusem z Gibonem, którego od siedzenia na krzesłku złapała kolka. Tak to jest, jak od roku nie ćwiczy się na WFie kaleko. Potem sobie wysiedliśmy, Gibon trzymając się za brzuch sapał “nie tak szybko”, ale nie to jest najważniejsze. Coś śmierdziało palącą się szkołą. Pomyśleliśmy, że to może paląca się szkoła. Po kilkunastu sekundach minęli nas strażacy w swym czerwonym Ferrari. Zatrzymali się przy śmietniku, wyciągnęli sikawki i przystąpili do akcji. Chcieliśmy ich obezwładnić i poczekać aż szkoła się zapali, ale stwierdziliśmy, że się na film spóźnimy. Zrobiłem tylko pamiątkowe zdjęcie:

Sam film niczym specjalnym nie był, taki w sam raz do obejrzenia z wyłączonym myśleniem. Momentami Wściekłe Pięści Węża wymagały szybszego kojarzenia faktów. Najlepszy był moment jak Indiana przeżył wybuch bomby atomowej zamykając się w lodówce. Potem jak gdyby nigdy nic otworzył ją od środka, wyszedł i się otrzepał. Kozak. A na końcu pojawiło się UFO nielubiące komunistów i wszystko się zawaliło, zatonęło i spłonęło. Potem się jeszcze okazało, że Michaś zostawił na sali parasol. A przypomniał sobie o nim gdy staliśmy pod McDonaldsem i zaczął padać deszcz.
Teraz jeszcze jedna fotka z Pragi:

Żeby nie było wątpliwości – żaden z nas nie wygląda tak na codzień, Jacek nie nosi bokserek na dżinsy, ja nie chodzę w kapturze, Ksawery nie gania w dresie i w kurtce Gibona i w ogóle.
Następna fotka – Punky Reggae Live.

Ten koleś obok mnie wygląda… conajmniej dziwnie. Zwróćcie jeszcze uwagę na dolny prawy róg zdjęcia, przed barierką. Nogi człowieka, którego głowa z pewnością niebezpiecznie szybko zbliżała się do podłogi, fajowo miał.
Wczoraj nam w szkole zdjęcia robili, indywidualne i grupowe. Ciężko zachować powagę jak Gibon z Ksawerym próbują Cię rozmieszyć, ale dałem radę. Ha! A potem zrobiliśmy własną sesję:

W tej za małej białej koszuli wyglądam jak gwiazda Disco Polo. I te nasze miny to w ogóle trochę ten tego, ale pani K. zaganiała nas już na lekcję, więc nie było czasu na ładne uśmiechy. Potem skoczyłem sobie do lekarza, od lekarza skoczyłem sobie do Michasia. U Michasia jak zwykle. Tylko że Plej Stejszyn Cwaj gdzieś z mieszkania wyparował. Postanowiliśmy przestraszyć kolesia, który miał przywieźć nam pizzę:


No, i kto wygląda najlepiej? Ja! Michaś przebrał się za Pana Tadeusza jakbyście się nie zorientowali, ja niby byłem jego ochroniarzem.
A już w sobotę wielki pijarski festyn. Nie piszę o tym bez powodu. Znacie Gracjana? Nie?

Zobaczcie na ilość obejrzeń. I teraz uwaga… Zaprosiliśmy Gracjana na festyn, strasznie się ucieszył i obiecał przyjść. Wreszcie będzie działo się coś ciekawego. Tak szczerze mówiąc to ja podziwiam Gracjana, grande respekt. Żółwik i w ogóle elo.

Biszkopt


Ja i Jenny byliśmy jak marchewki z groszkiem.

maj 22, 2008

Cytat wiadomo skąd. Nie żebym znał jakąś Jenny albo lubił marchewkę z groszkiem, ale głębokie to i fajne.
Tak jakoś nie mogłem się zebrać do pisania czegokolwiek. W szkole nadal nikt mnie nie rozumie, okazało się, że wypowiedzenie czyjegoś imienia i nazwisko obraża tą osobę. Wstydźmy się swoich nazwisk.
W czwartek widziałem na Karmelickiej kolesia skasowanego przez tramwaj. Tramwaje to tak naprawdę mroczni zabójcy i wysłannicy Szatana, wsiadając do nich nasze umysły zostają opętane przez Czarnego Motorniczego Śmierci. W sobotę byliśmy “Ekipą” (xD) u Michasia. Bawiliśmy się imadłem, graliśmy w Singstara (Zygmunt kosił wszystkich), oglądaliśmy filmy z polskiego artystycznego podziemia i katowaliśmy się pizzą o dość intensywnym smaku i w ogóle. Tytuł tego filmu to “Wściekłe Pięści Węża”. Humor na najwyższym światowym poziomie, aktorstwo jeszcze lepsza. I ta fabuła… Oto krótki fragment, cały film był mniej więcej w takim klimacie.

W piątek dostałem kopertę, w której były karteczki, na których osoby z klasy pisały moje wady i zalety (o ja, zdanie wielokrotnie złożone). Dowiedziałem się z nich, że jestem elokwentny, na początku nie byłem pewien czy wiem co to znaczy. A jedną z moich licznych wad jest to, że “trzymam się w grupie”. Dobra, od dziś siedzę w kącie, sam na sam z moją tęczową żyletką.
We wtorek był tydzień Warszawki w naszej pistacjowej szkole. Z Ksawerym przygotowaliśmy wspaniały poczęstunek – mieszankę warszawską. Receptura jest ściśle tajna, znają ją tylko najbardziej warszawscy z Warszawiaków (nie są oni zbytnio lubiani w Polsce, więc przepis ciężko zdobyć), ale powiem, że w skład wchodzą m.in. czipsy we wszystkich możliwych smakach, orzeszki solone i precelki beskidzkie (na paluszki Lajkonika brakło mi kasy). Okazało się, że ludzie w naszej szkole są w domu głodzeni, normalnie od tej miski to ich siłą trzeba było odciągać. No ale spoko.
Potem skoczyłem na rehabilitację, a następnie miałem jechać po tort urodzinowy dla Agi. Spoko, z Ułanów pod Bagatelę autobusem 50 minut. Dobre nowe zmodernizowane Rondo Mogilskie miało rozładować korki, jego ćwiartkę przejeżdżaliśmy 25 minut. Nie żebym narzekał, w środku przynajmniej było sucho, ale w sumie na piechotę przeszedłbym to 2 razy szybciej. A potem trzeba było iść na te urodziny żeby zjeść co się przywiozło. Nie byłbym sobą jakbym czegoś głupiego nie zrobił. Tym razem zapomniałem prezentu, ale spoko.
Wczoraj byłem świadkiem podrywu na stacji benzynowej. Bohaterowie: jakiś przypakowany i wytatuowany małpolud, a obok niego tleniona piękność, reprezentantka inteligencji. Dialog był krótki, on do niej:
- Hy, hy, hy, patrz, nie wolno k***a palić. To jakbym se k***a zajarał to wszystko by wy****ło w p***u?
Ona do niego:
- Hi, hi, hi, nooo (i zerka na niego wzrokiem pełnym uwielbienia).
A dziś chciałem sobie sprawdzić jak to jest na tej śmiesznej katolickiej procesji. I nie jest fajnie. Z przodu babcia, z prawej babcia z różańcem, z lewej dziadek z babcią, z tyłu babcia z książeczką… Osaczony przez fanatyków. Szkoda, że nikt nie organizuje kontrmanifestacji.

Biszkopt

Ps. W następnej notce będzie kilka zdjęć, żeby kolorowo było. I pamiętajcie – oglądajcie Modę na Sukces. Tylko tam jest prawdziwa Prawda.


Szczęśliwi czasu nie liżą.

maj 14, 2008

Autentyczny cytat z W11: “To nie ja zabiłem Luizę. Ja jej nie zabiłem.”. Dobre dialogi w telewizji są na wagę złota, a ponoć milczenie też jest złotem. Jaki z tego morał…?
Tym oto wstępem wprawiłem Was w poważny nastrój i w ogóle, głeboko jest. W szkole na przerwach zamiast się uczyć (bo w domu nie ma przecież czasu na głupoty) to gramy w piłkę, wszyscy mają serdecznie dość lekcji, najczęstsze spory są o to, czy mówi się “pole” czy “dwór”. Zbliżają się wakacje.
Wczoraj od nauczycielki usłyszałem, że “ładne mam pantalony”. Ma się ten gust, co nie. Dzisiaj w tych pantalonach byłem w kościele na bierzmowaniu Ol, Radziów, Żurków itd. W całym kościele chyba nie było nikogo w spodniach w czerwoną kratę, oczywiście oprócz mnie. W sumie nudy były, coś się przeszliśmy, coś się posiedziało na schodach przed Świątynią Pana i jakoś półtorej godziny minęło. Nawet miałem do czynienia z lokalną ugorkową gangsterką, groźni są. Rośnie nam kolejne pokolenie polskich Fiftisętów i innych Nygagangstabiczłotsapmenmadafakajoł. Szkoda że odpuścili, jakbym dostał od nich baty pod kościołem to byłbym męczennikiem. Z okazji bierzmowania życzę wszystkim, żeby Słowo Boże prowadziło Was przez kręte i wyboiste ścieżki ludzkiego życia. I żeby na końcu tej ścieżki nie było czegoś lipnego, np. szaleju jadowitego.Co do religii – dziś dowiedzieliśmy się, że tylko nasza wiara jest Prawdą. Można było to powiedzieć na początku lekcji, przynajmniej nie podejmowalibyśmy próby merytorycznej dyskusji. A wczoraj mieliśmy skojarzyć Arystotelesa z baranem (jakoś tak sobie dojść od jednego do drugiego). Podobno na religii na każde pytanie trzeba odpowiadać Jezus i jest dobrze, tak było i tym razem. Siostrze najbardziej podobała się odpowiedź “Arystoteles -> stworzenie Boże -> baran”. Jeszcze tylko 1,5 miesiąca.
Jeszcze się chciałem pochwalić, że ze spr. z niemca miałem 44,75/45 pkt. Mogłbym mieć 6, ale uznałem, że i tak nie będę miał wystarczająco dużo punktów, żeby tą część na 6 (trzeba było dodatkowo wypracowanie napisać) mi ktoś sprawdził. Cały ja po prostu.

Biszkopt

Ps. W poprzedniej notce w interpretacji mojego sonetu jest błąd. Napisałem “paralelizm”, okazało się, że jest to anafora. Pozwolę sobie użyć kolokwializmu, jak to wy mówicie, mówiąc Waszym językiem, sięgając po wulgaryzm i w ogóle – sorry (to takie nawiązanie do nauczycieli, którzy po takich wstepach używają tak hardkorowych słów jak np. “olewać”).


Praha i intehracja z 3C.

kwiecień 30, 2008

No cześć, cześć. Wcześniej nie było kiedy pisać.
Byliśmy sobie w tej Pradze i muszę stwierdzić, że daliśmy radę. Zdecydowanie daliśmy radę. Związki frazeologiczne Amandy też dały radę. Sokoli słuch, przylecieć jak na szczudłach i wiele podobnych. Podobno mieliśmy się integrować z klasą C. Strasznie się zintegrowałem, o rany, ależ się zintegrowałem. No z 3 dziewczynami aż. Wiecie co powstaje jak ktoś z B skrzyżuje się z kimś z C? Nie wiecie? BeCikowe! Suchar, wiem. Nie będę szczegółowo opisywał co się tam działo z dwóch powodów – działo się dużo, a po drugie nie wszystko się do publikacji na mym zacnym blogu nadaje. Pokażę tylko 4 zdjęcia.
1. Godzina 2.06, zawzięcie walczymy z kiełbaskami.

2. My na tle… cmentarza.

3. My na tle…dystrybutora (pięć razy musiałem to słowo pisać bo sobie paluszkami w te klawiaturowe kwadraciki przycelować nie mogłem)

4. Pani przewodnik (ta z anteną) na tle… nas.

Nawet się okazało, że jesteśmy dość zgrani jako klasa, aż się sam zdziwiłem. Ale i tak pogada nam nie sprzyjała, pani przewodnik też, o jedzeniu nie wspominając. Hotel jak hotel, sprężyny w łóżkach jakieś słabe były. To co pozwiedzaliśmy na kolana mnie nie powaliło, może dlatego że drugiego dnia strasznie lało, i kolana oraz wszystko poniżej miałem uwalone w błocie. Nawet punkt widokowy nie został zaszczycony naszą uwagą, bo wszyscy szukali jakiegoś suchego skrawka lądu. Wracając słuchaliśmy sobie w autobusie “Abba ojcze” ze stacji dokującej do ajPoda, na zmianę z planowaniem przejęcia władzy nad światem.
Nie dane mi było odespać, w niedzielę w Studiu finał Punky Reggae Live, grało 5 zespołów, trwało to wszystko 6 godzin i było zacnie. Strasznie dużo dziewczyn w trampkach, a na jakieś 400 osób widziałem może 2 skinów. O czymś to świadczy ;-). Nawet jakiś jeden tró punk się mnie spytał gdzie kupiłem moją śliczną koszulkę, chyba jestem “modny”. Na początku grała Zmaza, potem Zabili mi Żółwia (niby lipa, a przy Barykadach było nawet fajnie), po nich Leniwiec. Co się działo jak Leniwiec grał kawałek Podwórkowych Chuliganów o rudeboyu Janku to się opisać nie da xD. Koniec Świata przesiedziałem, prawie cała reszta dzielnie spędzona w pogo. I ogólnie fajnie, a następnego dnia trzeba było poddać się procesowi edukacji. We wtorek też, ale we wtorek była… dobra pijarska dyskoteka! Prowadziłem z Zygmuntem tylko część, tą zdecydowanie lepszą część. Wiadomo, jak robi się ciemno o 20.30 to jakiejś świetnej zabawy nie ma. Ale posłuchałem sobie dobrej polskiej piosenki o nie powiem czym i świat stał się piękniejszy. Kręć, kręć.

Biszkopt

Ps. Pioseneczka Leniwca, grali to w niedzielę, oł je, grubo, wypas, czad, supcio, fajowo, ekstra, bajecznie, fąfastycznie i w ogóle.


Jeden gwatemalski quetzal to 28 polskich nowych groszy.

kwiecień 23, 2008

Trzeba się już przyzwyczajać do przeliczania obcych walut (zwłaszcza czeskich koron) na polskie. Jutro o 5.45 w końcu robimy cześć pa i jedziemy zburzyć Pragę.
W niedzielę byłem w Parku Wodnym. Przyjechał tam chyba jakiś zespół disco polo, kolesie mieli taki żel, że nawet po przetestowaniu wszystkich rur ich fryzury pozostały nienaruszone. Chyba że mieli plastikowe peruki. Albo na czerepach hologramy im się wyświetlały, sam nie wiem. Widziałem jeszcze kolesia, który miał wytatuowane całe plecy. Calutkie. Nie wiem co tam dokładnie było, ale sądząc po rozmiarze, to chyba “Bitwa pod Grunwaldem” Matejki. Były też kobiety, które zajmowały sobą pół jacuzzi, ale to akurat nic nadzwyczajnego.
Jakieś egzaminy się podobno ostatnio odbywały, jakoś nic wyjątkowego nie zauważyłem. Wczoraj tylko niezapowiedziany sprawdzian z polskiego pisaliśmy, na maksa dużo materiału wchodziło. Dziś dla odmiany byliśmy w kinie. Na sali tłoczno, oprócz mnie aż 2 osoby. Ola i Zygmunt. I nikogo więcej. Po powrocie ludzie się nas pytali jak nam test poszedł, nie wiedzieliśmy o co im wszystkim chodzi :(. Potem jeszcze miałem okazję wczuć się w rolę młodego ojca, już wiem jak to jest, jak się dzieciaka ze szkoły odbiera. W sumie nic ciekawego.
Jutro jedziemy do tej Pragi, w hotelu nie ma balkonów, co nam nieźle plany pokrzyżowało. Ale damy radę, jesteśmy w końcu Polakami (nie żebym w jakikolwiek sposób się tym szczycił albo broń boże był z tego dumny), więc musimy dać radę. Mam wszystko co będzie mi potrzebne – kasa, suszarka, czeskie piosenki o Szatanie na iPodzie Ksawerego i ściśle tajną niespodziankę. Chyba pomyślałem o wszystkim.
Acha, jeszcze chciałem dodać, że nie będę za nikim tęsknił. Po pierwsze, mam serce z kamienia, a po drugie wszystkie osoby godne tęsknienia chybą będą w Pradze ze mną.
Wracamy w niedzielę w nocy, kilkanaście godzin później w Studiu finał PRL, mam już bilet. Jakiejś wybitnej zabawy się nie spodziewam, ale Leniwca posłuchać na żywo trzeba xD. Tym razem może nie będę miał obitej gęby, w sumie emo na koncertach to chyba niegroźne są? Zobaczymy.

Biszkopt