Wakacyjno.

sierpień 27, 2008

Cześć, ostatni raz pisałem tu tak jakby no prawie wczoraj, od tamtej pory w zasadzie nie wydarzyło się nic ciekawego.

No niby byłem w Bułgarii. Niby balowaliśmy na dyskotekach do 3-4 nad ranem, niby o 2 w nocy skakaliśmy na batucie, niby pokoje miały rozmiary komórki pod schodami Harry’ego Pottera ale co z tego? Przecież nie to jest w życiu najważniejsze. Najważniejsze nie jest również to, że Mirek przedostatniej nocy zgubił aparat Michasia ze wszystkimi zdjęciami, ani to, że z Ukraińcami zaprzyjaźniliśmy się mówiąc jedynie “Euro 2008″, ani też nie to, że średnio każdej nocy byliśmy zapraszani do 4 różnych pokojów zamieszkanych przez osobniczki płci przeciwnej. Niestety, w większości ich inteligencja była porównywalna z inteligencją doniczki ozdobnej z takim brokacikiem po bokach. I nie chodzi o to, że się wywyższam czy coś, ale są chwile, gdy ludzka głupota boli. My umieraliśmy w męczarniach. Co w takim razie jest najważniejsze? Nie wiadomo!

Potem było Rytro, którego tak naprawdę nie było. Największe nieporozumienie wszechczasów. Do teraz żałuję, że za tego Kangura po prostu nie wziąłem głupiej, gumowej linijki. Albo czegokolwiek innego, długopisu, gumy do żucia, chusteczek higienicznych. Mogłem nawet niczego nie brać, byleby tylko tam nie jechać. Walić, na moim miejscu Bruce Willis na pewno jakoś by sobie poradził, pewnie wysadziłby ośrodek, stołówkę, wysadziłby pobliski sklep monopolowy albo wysadziłby siedzibę straży pożarnej znajdującą się naprzeciwko ośrodka.

Po powrocie był wyjazd do Kryspinowa, grill u Davida, impreza pożegnalno-powitalna u Michasia… Wszystko działo się tak dawno, że nawet nie wiem co mógłbym opowiedzieć. Napiszę tylko, że Gibon zamordował swoją skarpetkę, a Michaś w Londynie kupił kolejnego Singstara.

A, jeszcze Pyromachina na błoniach była. Wiecie jak wygląda współczesna sztuka? Robicie smoka z tektury i go podpalacie. To, czy będziecie sławni, zależy tylko od gabarytów smoka. Im większy tym lepszy! Generalnie całe to mizerne show było stratą czasu, no może za wyjątkiem tego co działo się na samym końcu.

Pojechałem sobie jeszcze do Zielonej Góry, zwiedzać dziadków i inne fragmenty rodziny. Z nudów wybrałem się na żużel. Najfajniejszy był moment jak na tor wjechała karetka, bo dwóch zawodników postanowiło sprawdzić bezpieczeństwo band. Bandy spisały się na medal. Powrót z Zielonej Góry był równie hardkorowy, prawie 2,5 godziny opóźnienia. A że normalnie jedzie się stamtąd ponad 8 godzin, to miałem czas myśleć nawet o zbieraniu grzybów w lesie, obok którego, z nieznanego powodu, się zatrzymaliśmy. Pan Konduktor powiedział, że wcale nikt nie ukradł nam torów, ja mu wierzę.

Częściowo w czasie mojego pobytu w ZG nasi dzielni sportowcy walczyli z brakiem profesjonalizmu w polskich związkach i w ogóle z całym światem. Z pełnym poświęceniem wstawałem o nieludzko wczesnych porach i przełożyłem termin powrotu żeby obejrzeć Polska-Brazylia. I po co? Wyglądało to jak bojkot igrzysk, wolny Tybet i Gruzja, ale czemu akurat po zakończeniu fazy grupowej? No, ale już za 4 lata Londyn. Ciekawe tylko, jaka wtedy będzie okazja do niezdobywania medali?

W zeszłym tygodniu jeszcze sobie z naszym szalonym Mirusiem poszliśmy do Imbiru na koncert. Zaczęło się z “małym” poślizgiem, ale w sumie było fajnie. Spotkaliśmy osobników z naszej Pistacjowej Szkoły, ale chyba mamy kazały im szybko wrócić, bo około 21 wsiąkli. Mirek nawiązał kontakt z dwoma Hiszpanami, którzy okazali się Baskami, przeze mnie znów wokalista musiał łapać sobie statyw, nic szczególnego. No, może byłem trochę bardziej poobijany niż zwykle, ale zdobyte w dzieciństwie doświadczenie zaprocentuje w przyszłości (nie wiem o co chodzi, tak jakoś mi się napisało). Potem jeszcze w Galerii podziwialiśmy palący się kosz na śmieci i spacerowaliśmy po opustoszałym dworcu, prawie jak w takiej jednej książce o takim chłopcu, którego koleżanka powiedziała mu, że cośtam i on się wtedy tak strasznie przejął tym. Kojarzycie?

Wiem, że i tak nikt do tego miejsca nie doczyta, ale wiersz. Tytuł: “Regał ał łał”.

Stoi.
Wciąż stoi.
Stać będzie zawsze.
Regał ał łał.

Chodzi o to, że w życiu są rzeczy ważne, podstawowe i fundamentalne, bez których – co tu dużo mówić – po prostu byłoby nudno. O co dokładnie kaman? O kieszonkowe i empetrójkę, rzecz jasna.

Biszkopt

Ps.


Witaj lipcze!

lipiec 1, 2008

Wreszcie otrząsnąłem się po rozstaniu z 3B. Niby tylko trzy lata, ale to przecież 18,75% mojego życia.
Moją edukację na poziomie gimnazjalnym zakończyłem ze średnią trochę powyżej tej potrzebnej do paska, z wynikiem egzaminu gimnazjalnego, który można określić jako wyróżniający się, z żółtymi papierami (xD) z napisem “Zaświadczenie”, których ilość można nazwać dość okazałą i w ogóle. Jak tak sobie myślę, ile razy człapałem do tego pistacjowego budynku, to aż… Nie, nie chce mi się płakać. Ani nie drży mi serce, nie wspominam, nie tęsknię, nie chciałbym tam wrócić. Po prostu dziwię się, że moje nogi jeszcze są w stanie nadającym się do użytku. Korzystając z faktu, że już nie czytają tego moi aktualni nauczyciele, mógłbym napisać, że mnie ta szkoła ograniczała, że te cholerne mundurki nie przepuszczały powietrza i uciskały moją osobowość, że na lekcjach uwierał mnie “katolicki charakter szkoły” albo że obcierały mnie poglądy bardziej katolickiej części braci uczniowskiej (a dokładnie tej części, której rodzice takowe poglądy posiadali) ale po co to pisać? Cieszmy się wakacjami, a niech niczego nieświadomi 13-latkowie pchają się drzwiami i oknami do elitarnej szkoły zakonu Ojców Pijarów w Krakowie. Po zakończeniu roku w 17 osób poszliśmy na pizzę, nawet Piter był. To chyba jest najfajniesze, że po tych 3 latach, nawet w obecności ludzi z C, pizza dała się zjeść. Czyżby integracja w Pradze?
Nie zamierzam pisać za kim będę tęsknił i dlaczego, bo czas jest jak rzeka, a gdy baba z wozu ten sam w nie wpada. 3B i tak była najfajniejsza.
Wakacje sobie powolutku mijają, imprezowo, koncertowo i w ogóle. Nawet przetrwałem kilkudniowe odwiedziny kuzynek. Myślicie, że przyjechały zobaczyć się z ukochanym mną, którego nie widziały za górami, za lasami albo jeszcze dawniej? O, nic bardziej mylnego. Po prostu w Krakowie był koncert Celine Dion. No ale i tak dużo w domu to mnie nie było. Michaś ma fajne mieszkanie. Oto co wyjdzie ze skrzyżowania byłych Pijarów, byłych uczennic naszej zaprzyjaźnionej i ukochanej Jedenastki oraz niebyłego licealisty z Ósemki:

W piątek byliśmy w Imbirze na koncercie. Grały 3 zespoły, muzykę można określić jako darcie ryja przerywanego solówkami długowłosych gitarzystów, którzy za umiejętność gry na gitarze sprzedali duszę Szatanowi. Najfajniejszą zabawą jest zgadywanie nazw aktualnie grających zespołów. Podejście pierwsze:
- Ja myślę, że to Purple Haze.
- E, raczej Krowa.
- Witamy w klubie Imbir, nazywamy się Head Up High!
Podejście drugie:
- No to teraz Purple Haze.
- No, wyglądają jakby to byli oni.
- Dobry wieczór, jesteśmy Krowa!
Trzeci zespół, o dziwo, odgadliśmy.
Było fajnie, oprócz mnie i Mirka był jeszcze Michaś ze swoimi nowymi okularami słonecznymi, które uniemożliwiały mu masakrowanie chudszych od niego w pogo. Dzień później obudziłem się za wcześnie i z nudów poszedłem do fryzjera. Do 3 razy sztuka, wreszcie nie muszę ciągle chodzić w czapce. Ale i tak nie mogło być za dobrze, więc nie jest za dobrze. Sami rozumiecie o co chodzi, to logiczne. Potem na imprezę do Michasia, potem do Rotundy na kolejny koncert. Skończyło się tak, że leżeliśmy na błoniach słuchając supportu Celine Dion. Potem skoczyliśmy do Rotundy posłuchać znajomych Michasia (O, pan wokalista, dzień dobry), spotkaliśmy wokalistę jednego z zespołów, które koncertowały dzień wcześniej, a potem znów na błonia. Niebo o 22 jest fajne, zwłaszcza jak nieopodal słychać wokal panny Celine.
A Mirek ma basa.

Biszkopt

Ps. Fajną klasę będę miał w liceum. Harem, możnaby powiedzieć.


Praha i intehracja z 3C.

kwiecień 30, 2008

No cześć, cześć. Wcześniej nie było kiedy pisać.
Byliśmy sobie w tej Pradze i muszę stwierdzić, że daliśmy radę. Zdecydowanie daliśmy radę. Związki frazeologiczne Amandy też dały radę. Sokoli słuch, przylecieć jak na szczudłach i wiele podobnych. Podobno mieliśmy się integrować z klasą C. Strasznie się zintegrowałem, o rany, ależ się zintegrowałem. No z 3 dziewczynami aż. Wiecie co powstaje jak ktoś z B skrzyżuje się z kimś z C? Nie wiecie? BeCikowe! Suchar, wiem. Nie będę szczegółowo opisywał co się tam działo z dwóch powodów – działo się dużo, a po drugie nie wszystko się do publikacji na mym zacnym blogu nadaje. Pokażę tylko 4 zdjęcia.
1. Godzina 2.06, zawzięcie walczymy z kiełbaskami.

2. My na tle… cmentarza.

3. My na tle…dystrybutora (pięć razy musiałem to słowo pisać bo sobie paluszkami w te klawiaturowe kwadraciki przycelować nie mogłem)

4. Pani przewodnik (ta z anteną) na tle… nas.

Nawet się okazało, że jesteśmy dość zgrani jako klasa, aż się sam zdziwiłem. Ale i tak pogada nam nie sprzyjała, pani przewodnik też, o jedzeniu nie wspominając. Hotel jak hotel, sprężyny w łóżkach jakieś słabe były. To co pozwiedzaliśmy na kolana mnie nie powaliło, może dlatego że drugiego dnia strasznie lało, i kolana oraz wszystko poniżej miałem uwalone w błocie. Nawet punkt widokowy nie został zaszczycony naszą uwagą, bo wszyscy szukali jakiegoś suchego skrawka lądu. Wracając słuchaliśmy sobie w autobusie “Abba ojcze” ze stacji dokującej do ajPoda, na zmianę z planowaniem przejęcia władzy nad światem.
Nie dane mi było odespać, w niedzielę w Studiu finał Punky Reggae Live, grało 5 zespołów, trwało to wszystko 6 godzin i było zacnie. Strasznie dużo dziewczyn w trampkach, a na jakieś 400 osób widziałem może 2 skinów. O czymś to świadczy ;-). Nawet jakiś jeden tró punk się mnie spytał gdzie kupiłem moją śliczną koszulkę, chyba jestem “modny”. Na początku grała Zmaza, potem Zabili mi Żółwia (niby lipa, a przy Barykadach było nawet fajnie), po nich Leniwiec. Co się działo jak Leniwiec grał kawałek Podwórkowych Chuliganów o rudeboyu Janku to się opisać nie da xD. Koniec Świata przesiedziałem, prawie cała reszta dzielnie spędzona w pogo. I ogólnie fajnie, a następnego dnia trzeba było poddać się procesowi edukacji. We wtorek też, ale we wtorek była… dobra pijarska dyskoteka! Prowadziłem z Zygmuntem tylko część, tą zdecydowanie lepszą część. Wiadomo, jak robi się ciemno o 20.30 to jakiejś świetnej zabawy nie ma. Ale posłuchałem sobie dobrej polskiej piosenki o nie powiem czym i świat stał się piękniejszy. Kręć, kręć.

Biszkopt

Ps. Pioseneczka Leniwca, grali to w niedzielę, oł je, grubo, wypas, czad, supcio, fajowo, ekstra, bajecznie, fąfastycznie i w ogóle.


Jamaica WHAT?

kwiecień 12, 2008

Ależ wiosna! Proszę państwa, ptaszki ćwierkają, słonko świeci, a w Szczecinie nie ma prądu! Wiosna!
Aż się wakacje proszą, ale wcześniej jeszcze trzeba przebrnąć przez bierzmowanie, testy, kilka osób każe mi wybrać liceum i w ogóle. No ale nic, przejdźmy do dziennego porządku obrad.
Ktoś stwierdził, że filmik z koncertu Psów Wojny jest beznadziejny, a ich chórki przypominają wycie odkurzacza. Nie ukrywam, jest w tym trochę racji :P. Ale tamto jest sprzed 20 lat, więc dam jakiś aktulaniejszy.

Ci ludzie pod sceną to chyba z choinki się urwali albo spadli z księżyca. Albo po prostu koncerty pomylili. W żaden sposób się z nimi nie identyfikuję xD.
W środę byłem na UJocie na rozdaniu nagród dla laureatów konkursu z fizyki. Było pełno szych z kuratorium, z AGHu, UJotu, dyrektorzy i inni decydenci z wszystkich możliwych organizacji mających w nazwie “fizyka”. Liczyłem na ciastka, ciastek nie było. Ale kto jak kto, ale ja akurat nie powinienem narzekać. Fajne nagrody były. Za trzeci wynik – skanerodrukarka, za drugie cyfrówki. A za pierwsze..? Nie powiem, bo i tak, jak to stwierdziła moja nauczycielka, “wszyscy wiedzą”. Na początku się obawiałem, że mi jakiś puchar wcisną, ale jednak dostałem coś “ciut” praktyczniejszego xD. I jakby tego wszystkiego było mało, to od dwóch dni wszystkie autobusy jeżdżą tak jak mi pasuje. Idealnie. Wiosna…?
Dziś w ramach spaceru postanowiłem pojechać sobie na Kurdwanów, ~25 przystanków. Stałem sobie całą drogę przy środkowych drzwiach, których guziczek na otwieranie nie do końca prawidłowo funkcjonował. Ludzie takie śmieszne miny robili nie wiedząc “czemu to do cholery się nie otwiera?!”. Jeden dziadek zaczął kierowcy awanturę robić. Przez chwilę było groźnie, bo dziadek miał laskę i najwyraźniej nie zawachałby się jej użyć. Skończyło się bez ofiar. Był też drugi dziadek (tym razem bez laski), który chcąc wysiąść, uparcie naciskał czerwony guziczek stop aby otworzyć drzwi. Dopiero po chwili ja z miną JESTEM BOGIEM I DECYDUJĘ O TYM CZY WYSIĄDZIESZ Z TEGO AUTOBUSU CZY NIE go uratowałem, czyniąc to wskazującym palcem dłoni prawej. Czuję się jak bohater, superman, dziadkowy anioł stróż! Niby nic wielkiego nie zrobiłem, ale co by było jakby starszy jegomość pojechał o przystanek za daleko? Może ktoś na niego czekał? Może w walizce miał poufne dokumenty, który bezzwłocznie musiał dostarczeć na tajne posiedzenie najwyższego szczebla? Możemy się jedynie domyślać.
W tym samym autobusie widziałem jeszcze jakiegoś skina ze swoim (chyba) dzieciakiem. Chłopak miał na oko 10 lat, niebieski plecak z pięcioma pingwinkami. Pingwiny miały białe brzuszki, na każdym była napisana jedna litera. I wiecie jaki napis tworzyły? KAZIK. Na plecaku 10-letniego dziecka. Wokół pingwinków była jeszcze m.in. Pidżama Porno i KSU. Ciekawe czego on w przedszkolu słuchał.

Biszkopt

Ps. Tak optymistycznie jakoś jest ostatnio, dlatego zapodam jakąś optymistyczną piosenkę na pożegnanie. Ska najlepsze na wszystko, nawet jak sprzed 15 lat :). “Jedno jest pewne, trzeba życiu sprostać”, idealne na opis na GG. Śmiało, nie krępujcie się.


Powziąłem decyzję…

kwiecień 8, 2008

…BĘDĘ DEZERTEREM! To taki cytat tylko, żeby nawiązać do koncertu xD.
W sobotę w Mirem udaliśmy się do Loch Ness, żeby 40-letnie old punki obiły nam mordy. Supportowały Psy Wojny, tu jest ich koncert sprzed 19 lat (nawet grali tą piosenkę w sobotę xD).

Wokalista już nie ma irola, za to ma duuużo tatuaży (tatuażów?). Fajnie było, nawet jedna taka smutna dedykacja była, że aż się wzruszyłem, serio. Grali fajnie, klasyka w końcu. A pierwsze słowa, jakie padły ze sceny to “Wolny Irak”. I ogólnie tak śpiewali, że cośtam, żeby się nia zabijać, żeby nie ćpać. A, o butach jeszcze śpiewali. Potem przerwa (stanowczo za długa xD) i weszli ONI. Dezerter, ostre pogo, szalejące punki w wieku moich rodziców i w wyćwiekowanych ramoneskach, ochroniarz wyrwany zza barierek i wzięty na ręce publiki… Warte kasy za bilet xD. Po koncercie jakaś zadyma przed klubem była, pewnie skini vs skini za wpychnięcie się w kolejkę po kurtki xD. My z Mirem prawie bez szkód, ja mam jakieś tam siniaki i trochę podrapaną twarz, nie wiem jak Mir, ale wiem, że dostał glanem w twarz. W kreskówkach, jak samochód po kimś przejedzie, to na plecach zostają my ślady bieżnika. Podobnie u Mira. Idealnie odciśnięty, czarny wzorek glanowej podeszwy na policzku. Piękny widok xD. Żeby trochę więcej miejsca zająć dam piosenkę Dezertera, którą zagrali jako pierwszą, fajna bo o trumnach.

Tu jeszcze coś, z fajnym refrenem.

No, a tu koncert sprzed miesiąca, też dobry tekst, zwłaszcza w połączeniu z “katolickim charakterem mojej szkoły”.

A tak poza tym, to dziś na polskim robiliśmy test kompetencji. Tematem była olimpiada, więc cała moja dłuższa forma była, rzecz jasna, o Tybecie. Trzeba jeszcze było wymyślić hasło promujące sport. Spytałem nauczycielki czy ma być ambitne, powiedziała, że takie, na jakie mnie stać. Napisałem “Sport to zdrowie”.

Biszkopt


Próba śruba rozróba podróba i w ogóle.

kwiecień 4, 2008

MP3, J23, 007, JP2 i inne fajne symbole.
W środę świętowaliśmy trzecią rocznicę śmierci papieża. Nie ma sensu o tym pisać, bo wszystko już zostało napisane. I o cyrku, i o szopce, i o żenującym spektaklu w mediach. Od siebie tylko dodam, że ktoś z polityków religijnych stwierdził, że powinniśmy przestać się smucić, lecz zacząć wprowadzać słowa papieża w życie. No rychło w czas, po trzech latach możnaby przestać się smucić. Rewelacyjny pomysł, że też nikt wcześniej na to nie wpadł.
W dniach 4-6 kwietnia są organizowane przez naszą szkołę (tak sądzę, że przez naszą szkołę) Dni Skupienia. Nie wiem co to jest, ale chyba coś w stylu nocnego czuwania. Z tą różnicą, że trwa dwa dni i w dodatku w Chorzowie. Jest jeszcze jedna różnica – nie ma dziewcząt. Nie wiem po co tam jechać, skoro nie ma dziewoj, więc nie jadę.
Dziś odbyła się próba wspaniałego, młodego zespołu z ogromnymi perspektywami. Der Zinamonnindża. Jakoś się nie dogadaliśmy i do szkoły tylko ja przyniosłem gitarę. No ale nic, Mir i tak kończył godzinę później niż ja i Zygmunt, więc mieliśmy czas żeby jeszcze jeden instrument skołować. No i postanowiliśmy iść po gitarę Mira, do domu Mira, bez Mira. Niby niemożliwe, a jednak. Wystarczył krótki telefon do jego babci. Wracając ze sprzętem koło większego zgromadzenia ludzi toczyliśmy ożywioną dyskusję w stylu:
- Dobrze, że babcia nie stawiała oporu i nie chciała wzywać pomocy.
- No, na szczęście obyło się bez użycia siły.
Potem Zygmunt stwierdził, że mogliśmy na koniec dodać sugestywne “mniam”. Próba jak próba, zmagaliśmy się ze Spodniami z GSu. Potem z Mirem pojechaliśmy daleko, hen. Dokonując pewnego zakupu w rynkookolicach, poznałem gościa, który nagłaśniał wszystkie koncerty Motorhead w Polsce, nawet nam zdjęcia pokazał. W Galerii trafiliśmy na pokaz bielizny czy czegoś, fajnie było. A w Empiku mieliśmy okazję porozmawiać ze świadkiem Jehowy. Pamiętajcie, wielki dzień Jehowy nadchodzi! Mir zakończył dyskurs mówiąc do mnie “Podaj tasak”. I odeszliśmy.
A teraz zgadnijcie co właśnie trzymam w dłoni. Nie wiecie? Bilet na koncert Dezertera. DEZERTERA! Grają prawie dwa razy dłużej niż ja jestem na świecie, czyli jutro w Loch Ness będzie fajnie. Szkoda tylko, że nie wiedzieć skąd mam zakwasy. Wszędzie. No, prawie wszędzie.
Po ostatnich kilku matematykach stwierdzam, co następuje: Projektowanie labiryntów to cholernie nudna robota. Nie wiem jak temu Dedalowi się chciało, toż to syzyfowa praca jest (+1 pkt za odwołanie spoza listy lektur). Ja już trzecią lekcję się męcze, a końca nie widać. Mimo to, postanowiłem ćwiczyć swój charakter i się nie zniechęcać. Potem umrę w jakiś durny sposób za coś głupiego, ktoś to opisze i dzieciaki przez najbliższe 50 lat będą się uczyć o Biszkopcie, który pięknie żył i pięknie umarł.
O, tu jeszcze fajne zdjęcie z rekolekcji, ależ ja miałem wtedy krótkie włosy.

Myślę, że tych trzech przytojniaków nie trzeba podpisywać.

Biszkopt

Ps. Znalazłem sobie już świadka na bierzmowanie, o!


Walę tynki.

luty 13, 2008

Gitara, zawody i pogańskie święto zwane Walentynkami. Po kolei :) .
Od poniedziałku jestem szczęśliwym posiadaczem gitary elektrycznej, wzmacniacza, paska, futerału i 5 metrów kabla. Gitara ma kolor wiśniowy i jest piękna. Palce mnie bolą jak nigdy wcześniej, ale przynajmniej czuję, że gram. Wszyscy trzymamy kciuki za moją dalszą karierę muzyczną :P . Od razu zastrzegam, że nie będę grał na zamówienie “Stairway to heaven”, ani “Nothing else matters”.
Wczoraj były zawody w Gimnazjum nr 1. Było zdecydowanie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, ale bez szału. Kolesi z Jedenastki to byśmy zmietli z powierzchni ziemi, ale na lepsze szkoły to może być trochę za mało. Nie ma co narzekać, ważne, że gramy dalej :) . Ja z pełnym poświęceniem sobie nawet moje nieszczęśliwe kolanko uszkodziłem, a od poniedziałku próbuję je rehabilitować. I co z tego, że kobieta pierwszego dnia sobie źle przeczytała napis na skierowaniu i leczyła nie tym, czym powinna. Co do zawodów jeszcze- wiecie, że przy ataku z drugiej linii, można przechodzić drugą linię? I ataki w taśmę liczone są jako odbicie przeciwników. A piłka miała ciężar takiej plażowej i palcami można ją było wcisnąć na 3 centymetry wgłąb. Wiadomo, złej baletnicy.. :P
Jutro wspaniały dzień, najcudowniejsze święto w roku. Urodziny Jacusia! Sto lat, stary! Jest jeszcze drugie święto. Okazuje się, że prawdą są słowa z piosenki Włochatego “Serce to jeszcze za mało żeby kochać”. Potrzebne są setki serc! Miliony! W piosence chodziło o serce takie w klatce piersiowej, okazuje się, że do kochania potrzebne są serca plastikowe. Takie czasy. Pewnie 14 lutego spędzę jak każdy inny 14 lutego, ale złożę życzenia wszystkim, którzy będą lansować się w kinie, galerii etc. U nas miała być dyskoteka, ale geniusze organizatorzy sobie zapomnieli, że jest żałoba narodowa, pokuta, post i w ogóle.
Z okazji ogólnopolskiego Dnia Plastiku, życzę Wam, abyście spod stert kartek pocztowych, spod kilogramów maskotek, spod metrów sześciennych serduszek widzieli jeszcze kawałek świata. Niech Wasze mózgi nie zostaną skute takimi różowymi, owłosionymi kajdankami, a Amorek ze swym łukiem niech Was nie terroryzuje. Oby kwiatki i inne drobne podarunki istniały także w dzień powszedni, a święto zakochanych nie było świętem w pełnym tego słowa znaczeniu. Najlepiej wstąpcie do Ruchu Czystych Serc, wtedy będziecie wiedzieli, czym jest prawdziwa miłość. AmenT.
Dziś sobie uświadomiłem, jacy ludzie mnie otaczają w szkole. Na przerwie przed fizyką Mirek rzucił “podobno będzie pytać z wojny Polsko-Bolszewickiej”. Normalną reakcją jest chyba uśmiech wywołany żartem. U mnie w klasie był tylko ogólny wytrzeszcz oczu, przerażenie i trzęsące się ręce. Krakowska inteligencja.

Bisz.

Ps. Pewnie już wszyscy wiedzą, ale św. Walenty oficjalnie jest patronem osób chorych psychicznie. Coś w tym musi być.