Wułefowo.

październik 6, 2008

Ok, spóźnione wszystkiego najlepszego dla wszystkich dziewczyn z wąsami z okazji Dnia Chłopaka.

Z tej to właśnie okazji dostaliśmy klasowo po kubku i zdjęciu naszych czterech dzierlatek. Na kubku był napis “~ALGO”, niestety zniknął po pierwszym myciu. Zdjęcie też gdzieś wsiąkło xD. Przy okazji przypomniało mi się, jak w gimnazjum na tablicy korkowej mieliśmy napis “Dzień Chłopaka”. Już po chwili wisiał “Dzień pachołka”.

Dobra, teraz nawiązanie do tematu notki. W zeszłym tygodniu na algorytmicznym WFie graliśmy w parodię koszykówki. Już na rozgrzewce padła komenda “w prawo zwrot, naprzód marsz”. Niby nic dziwnego, ale w naszej klasie wyglądało to tak, że 30 facetów pchało się na ścianę zgniatając tych, którzy ścianę już osiągnęli. Oczywiście ktoś jeszcze stwierdził, że się zapętliliśmy. Sama gra była równie pokraczna, ale trudno, jak się zapisywałem do tej klasy wiedziałem jak to będzie wyglądać. A dziś dla odmiany, jako że mieliśmy 2 godziny WFu, poszliśmy do parku Jordana. Wszystko fajnie, ale boiska zajmowali chuligani z I LO. Trochę im wybaczam ze względu na Radzia, ale to i tak ich do końca nie usprawiedliwia. Alternatywą dla gry w cokolwiek z piłką okazało się bieganie. No i tak sobie radośnie biegaliśmy z panią studentką na wszelkie możliwe sposoby kobinując którędy biec, żeby biec jak najmniej. Potem wróciliśmy w celu pobawienia się w jakieś przedszkolne duperele, na przykład coś jakby przekazywanie iskierki (że trzyma się dłoń osoby obok, i po takim kółku idzie sobie przekazywany uścisk dłoni, wiadomo o co kaman, zawsze kończyło się tak, że każdy chciał jak najmocniej zgnieść rękę tej drugiej osoby =P) tylko że inne. Gdy Radzio i spółka zwolnili boiska od razu zostało to zauważone. Ktoś jeszcze stwierdził, że chodźmy grać i że nie będziemy się w jakieś głupoty bawić. No, i w ten sposób skończyła się lekcja pani studentki, nawet nie próbowała nas zatrzymywać xD.

Potem z Lajkrą poszliśmy na sks. Najfajniejsze w s(e)ksie jest to, że szatnie są koedukacyjne. Serio. A tak poza tym, to miałem dziś drugi niemiecki w tej szkole, podobnie sprawa miała się z geografią. I paradoksalnie w klasie mat-inf od początku roku mieliśmy tylko jedną informatykę.

Biszkopt

Ps. Byłem tam, ha! +3 do popularności wśród tró-hc-punk-girls-under-13.


Wakacyjno.

sierpień 27, 2008

Cześć, ostatni raz pisałem tu tak jakby no prawie wczoraj, od tamtej pory w zasadzie nie wydarzyło się nic ciekawego.

No niby byłem w Bułgarii. Niby balowaliśmy na dyskotekach do 3-4 nad ranem, niby o 2 w nocy skakaliśmy na batucie, niby pokoje miały rozmiary komórki pod schodami Harry’ego Pottera ale co z tego? Przecież nie to jest w życiu najważniejsze. Najważniejsze nie jest również to, że Mirek przedostatniej nocy zgubił aparat Michasia ze wszystkimi zdjęciami, ani to, że z Ukraińcami zaprzyjaźniliśmy się mówiąc jedynie “Euro 2008″, ani też nie to, że średnio każdej nocy byliśmy zapraszani do 4 różnych pokojów zamieszkanych przez osobniczki płci przeciwnej. Niestety, w większości ich inteligencja była porównywalna z inteligencją doniczki ozdobnej z takim brokacikiem po bokach. I nie chodzi o to, że się wywyższam czy coś, ale są chwile, gdy ludzka głupota boli. My umieraliśmy w męczarniach. Co w takim razie jest najważniejsze? Nie wiadomo!

Potem było Rytro, którego tak naprawdę nie było. Największe nieporozumienie wszechczasów. Do teraz żałuję, że za tego Kangura po prostu nie wziąłem głupiej, gumowej linijki. Albo czegokolwiek innego, długopisu, gumy do żucia, chusteczek higienicznych. Mogłem nawet niczego nie brać, byleby tylko tam nie jechać. Walić, na moim miejscu Bruce Willis na pewno jakoś by sobie poradził, pewnie wysadziłby ośrodek, stołówkę, wysadziłby pobliski sklep monopolowy albo wysadziłby siedzibę straży pożarnej znajdującą się naprzeciwko ośrodka.

Po powrocie był wyjazd do Kryspinowa, grill u Davida, impreza pożegnalno-powitalna u Michasia… Wszystko działo się tak dawno, że nawet nie wiem co mógłbym opowiedzieć. Napiszę tylko, że Gibon zamordował swoją skarpetkę, a Michaś w Londynie kupił kolejnego Singstara.

A, jeszcze Pyromachina na błoniach była. Wiecie jak wygląda współczesna sztuka? Robicie smoka z tektury i go podpalacie. To, czy będziecie sławni, zależy tylko od gabarytów smoka. Im większy tym lepszy! Generalnie całe to mizerne show było stratą czasu, no może za wyjątkiem tego co działo się na samym końcu.

Pojechałem sobie jeszcze do Zielonej Góry, zwiedzać dziadków i inne fragmenty rodziny. Z nudów wybrałem się na żużel. Najfajniejszy był moment jak na tor wjechała karetka, bo dwóch zawodników postanowiło sprawdzić bezpieczeństwo band. Bandy spisały się na medal. Powrót z Zielonej Góry był równie hardkorowy, prawie 2,5 godziny opóźnienia. A że normalnie jedzie się stamtąd ponad 8 godzin, to miałem czas myśleć nawet o zbieraniu grzybów w lesie, obok którego, z nieznanego powodu, się zatrzymaliśmy. Pan Konduktor powiedział, że wcale nikt nie ukradł nam torów, ja mu wierzę.

Częściowo w czasie mojego pobytu w ZG nasi dzielni sportowcy walczyli z brakiem profesjonalizmu w polskich związkach i w ogóle z całym światem. Z pełnym poświęceniem wstawałem o nieludzko wczesnych porach i przełożyłem termin powrotu żeby obejrzeć Polska-Brazylia. I po co? Wyglądało to jak bojkot igrzysk, wolny Tybet i Gruzja, ale czemu akurat po zakończeniu fazy grupowej? No, ale już za 4 lata Londyn. Ciekawe tylko, jaka wtedy będzie okazja do niezdobywania medali?

W zeszłym tygodniu jeszcze sobie z naszym szalonym Mirusiem poszliśmy do Imbiru na koncert. Zaczęło się z “małym” poślizgiem, ale w sumie było fajnie. Spotkaliśmy osobników z naszej Pistacjowej Szkoły, ale chyba mamy kazały im szybko wrócić, bo około 21 wsiąkli. Mirek nawiązał kontakt z dwoma Hiszpanami, którzy okazali się Baskami, przeze mnie znów wokalista musiał łapać sobie statyw, nic szczególnego. No, może byłem trochę bardziej poobijany niż zwykle, ale zdobyte w dzieciństwie doświadczenie zaprocentuje w przyszłości (nie wiem o co chodzi, tak jakoś mi się napisało). Potem jeszcze w Galerii podziwialiśmy palący się kosz na śmieci i spacerowaliśmy po opustoszałym dworcu, prawie jak w takiej jednej książce o takim chłopcu, którego koleżanka powiedziała mu, że cośtam i on się wtedy tak strasznie przejął tym. Kojarzycie?

Wiem, że i tak nikt do tego miejsca nie doczyta, ale wiersz. Tytuł: “Regał ał łał”.

Stoi.
Wciąż stoi.
Stać będzie zawsze.
Regał ał łał.

Chodzi o to, że w życiu są rzeczy ważne, podstawowe i fundamentalne, bez których – co tu dużo mówić – po prostu byłoby nudno. O co dokładnie kaman? O kieszonkowe i empetrójkę, rzecz jasna.

Biszkopt

Ps.


UROCZYSTA PIŃDZIESIĄTA NOTKA!

maj 8, 2008

Elo, blog wraca do korzeni, do wszechogarniającej nudy i senności (senność i ogólne przymulenie jest w poezji nazywane oniryzmem).
Nie było wcześniej o czym pisać, a dodatkowo ostatnio cały czas przy kompie spędzam na graniu w Wiedźmina xD. W niedzielę byłem na meczu Wisły, fajny był. Siedem bramek w sumie padło, były i emocje, i ambitny doping, i w ogóle. Potem fajny powrót autobusem był, eskortowała nas policja (ta, grali se w karty na pleksiglasowej tarczy).
Ostatnio poczyniłem ciekawe obserwacje. Wszyscy się do mnie o wszystko przyczepiają, nikt mnie nie rozumie, jestem skłócony z otoczeniem, jestem samotny i nieszczęśliwie zakochany, gardzę motłochem, jestem skłonny do zemsty oraz uważam, że życie nie ma sensu, a ponadto protestuję przeciwko feudalnemu kształtowi państwa. Jednym słowem – jestem… bohaterem romantycznym (Myśleliście, że chodzi o emo? Wywiodłem Was w pole, ha!). Z tej też okazji postanowiłem napisać sonet. Podobno to jest trudne, więc wyjdzie mi jak wszystkie moje pozostałe wiersze i inne dzieła literackie, ale pierwsze sonety za kuwety, joł. Będzie to jubileuszowy sonet dla mojego bloga, w końcu pińdziesiąt wpisów to chyba fajnie.

Jest jedno takie miejsce, gdzieś w szponach Internetu
Jest jedno takie miejsce, na lewo od klozetu
Jest jedno takie miejsce, płacz i zgrzytanie zębów
Jest jedno takie miejsce, gdzie nie je się otrębów

Sprawcą tego wszystkiego jestem Ja
Uuu, ribi dibi, cza cza cza cza
Nie bocian, nie klamka, nie otręb zbożowy
Jam jest Biszkopt, i mój blog jest kolorowy

Ale po co to, na co to i komu?
Nie wiedzą tego chłopcy w Iraku
Choć chcieliby wrócić do domu

Pamiętajmy o Titanica wraku
I ten tego, ogólnie wiesz ziomuś
Cięty bądź i ruszaj do ataku

Jak widać, pierwsza zwrotka opisuje temat, druga odnosi go do podmiotu wiersza, a tercyny zawierają refleksję na jego temat, czyli tak jak każe Wikipedia. W pierwszej strofie paralelizm składniowy, ma na celu pokazać, jak schematyczny jest świat, w którym przyszło nam żyć. Jak sztywne są ramy schematów zachowań wpajanych nam od dziecka. Otręby symbolizują coś robionego tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia, np. chodzenie do kościoła. Czwarty wers można rozumieć tak, iż blog ten nie chodzi do kościoła, jest ateistą i odrzuca wszelkie wartości religijno-moralne, jest to jednak daleko idąca interpretacja. W drugiej strofie znajdują się onomatopeje, ich zadaniem jest wprowadzenie odbiorcy w pozytywny nastrój, podświadomie działa na zmysł wzroku i słuchu, bo wyobrażamy sobie śpiewającego bociana z jedną nogą w takiej skarpecie jakby, takiej rajstopie z wełny i trocin z dodatkiem poliuretanu. W trzeciej zwrotce nawiązanie do Iraku, przesłanie pacyfistyczne, potępienie pilnowania porządku za pomocą myśliwców i ostrej amunicji. W strofie ostatniej widzimy z kolei odwołanie do najsłynniejszego statku wszech czasów. Musimy pamiętać, że cała ta nasza marna cywilizacja powoli opada na dno. Albo i nie opada, ale pewnego dnia po prostu bez żadnego ostrzeżenia ********* się na sam dół. W drugim wersie kolokwializm, ma przedstawić podmiot liryczny jako osobę fajną i elo, bliską odbiorcy. Wiemy jednak, że to nieprawda, bo jestem wyalienowanym odludkiem który na śniadanie wsuwa jakieś ohydne korzonki i myje się wyciskając wodę z gałęzi. A na samym końcu apostrofa do czytelnika i pochwała ciętości, bo to moja ulubiona cecha, niemal tak ważna jak pokora.
Jestem wieszczem, pozdrawiam moją 4+ z polskiego.

Biszkopt


Bóg, ojczyzna, honorarium.

luty 28, 2008

I już po rekolekcjach. Wspaniały, wcale nie oklepany temat, “Twarze chrześcijaństwa”.
Pierwszego dnia w kościele nuda, ale potem w salach było ciekawie. Kazali nam przynieść farby, niby jakaś praca w grupach się szykowała. No, skoro farby to zgodnie z umową Michaś przyniósł wałek do malowania ścian, a przed lekcjami skoczyliśmy do OBI kupić litr Dekorala. Akurat jakaś wyprzedaż była to nie zapłaciliśmy dużo, a kolor piękny – zieleń aksamitna. Mieliśmy malować “Oblicze przebaczającego boga”. Wszyscy malowali stereotypowo, w dodatku plakatówkami. Jakiś uśmiechnięty dziad otoczony chmurami, czasem z aniołem u boku. Nasz plakat wyglądał tak:

W środku po hebrajsku napisane “Jahwe” (to zawdzięczamy Mirowi ;) ), dookoła uśmiechnięte buźki i nasze podpisy. Napis i uśmiechy namalowane wspomnianym wcześniej wałkiem przy pomocy szablonu zrobionego z jakichś kartek z angielskiego xD. Następnego dnia rozwiesili te prace na korytarzach. Nasza zawisła do góry nogami, dopiero rano osobiście to poprawiłem. Czyżby ktoś nie wiedział jak jest Jahwe po hebrajsku? Szczyt!
Drugi dzień rekolekcji był jeszcze nudniejszy. W czasie adoracji cała szkoła szła do spowiedzi, a my w tym czasie na kolanach mieliśmy se adorować. Z czasem tylko powstały coraz głupsze pomysły na sposób zakończenie adoracji, włącznie z zestrzeleniem monstrancji przy użyciu procy. Jezus Jezusem, ale godziny klęczenia w absolutnej ciszy chyba nikt nie wytrzyma? Potem poszliśmy do klasy dyskutować o bogu.
W środę ksiądz zaszalał – pokazywał nasze zdjęcia klasowe z komentarzem “wy też jesteście twarzą chrześcijaństwa, w was wszystkich mieszka Chrystus!”. No fajnie, tylko że mnie akurat nie było na tych zdjęciach. Czyli że co, bóg mnie nie kocha..? Potem poszliśmy w ramach przygotowań z języka polskiego oglądać pewien film. Było to tak niezwykłe przeżycie, że aż poświęce mu całą następną notkę. Czekajcie cierpliwie ;) .
Jutro się szykuje jeden z najśmieszniejszych dni w tym roku szkolnym. Sprawdzian z geografii. Niestety, jest tak zwany “czarny humor” xD. Męczy mnie też świadomość, że z każdą chwilą zbliża się zupełnie nieśmieszne triduum olimpijskie, niby się nie denerwuję, ale lekki dyskomfort odczuwam ;) . Poznałem również termin następnych zawodów. Uwaga, wypadają one dokładnie w dniu… konkursu matematycznego! Super! Połowy składu nie będzie, szykuje się ostra walka z rywalami o każdy punkt. Czasowstrzymywacz zakupię.
W poniedziałek pozyskałem najnowszą płytę Farben Lehre – Snukraina. Tytuł płyty nie wróży najlepiej, zbyt Happysad’owe klimaty ;) . Tytuł nie kłamał. Rzepa po prostu, z każdą nową płytą jest coraz gorzej, coraz bardziej nijak, coraz bardziej o miłości i w ogóle. Zobaczymy co pokażą w kwietniu na PRL. Pewnie zagrają większość piosenek ze Snukrainy, jakoś pogo przy tym kompletnie nie widzę.

Biszkopt.


Walę tynki.

luty 13, 2008

Gitara, zawody i pogańskie święto zwane Walentynkami. Po kolei :) .
Od poniedziałku jestem szczęśliwym posiadaczem gitary elektrycznej, wzmacniacza, paska, futerału i 5 metrów kabla. Gitara ma kolor wiśniowy i jest piękna. Palce mnie bolą jak nigdy wcześniej, ale przynajmniej czuję, że gram. Wszyscy trzymamy kciuki za moją dalszą karierę muzyczną :P . Od razu zastrzegam, że nie będę grał na zamówienie “Stairway to heaven”, ani “Nothing else matters”.
Wczoraj były zawody w Gimnazjum nr 1. Było zdecydowanie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, ale bez szału. Kolesi z Jedenastki to byśmy zmietli z powierzchni ziemi, ale na lepsze szkoły to może być trochę za mało. Nie ma co narzekać, ważne, że gramy dalej :) . Ja z pełnym poświęceniem sobie nawet moje nieszczęśliwe kolanko uszkodziłem, a od poniedziałku próbuję je rehabilitować. I co z tego, że kobieta pierwszego dnia sobie źle przeczytała napis na skierowaniu i leczyła nie tym, czym powinna. Co do zawodów jeszcze- wiecie, że przy ataku z drugiej linii, można przechodzić drugą linię? I ataki w taśmę liczone są jako odbicie przeciwników. A piłka miała ciężar takiej plażowej i palcami można ją było wcisnąć na 3 centymetry wgłąb. Wiadomo, złej baletnicy.. :P
Jutro wspaniały dzień, najcudowniejsze święto w roku. Urodziny Jacusia! Sto lat, stary! Jest jeszcze drugie święto. Okazuje się, że prawdą są słowa z piosenki Włochatego “Serce to jeszcze za mało żeby kochać”. Potrzebne są setki serc! Miliony! W piosence chodziło o serce takie w klatce piersiowej, okazuje się, że do kochania potrzebne są serca plastikowe. Takie czasy. Pewnie 14 lutego spędzę jak każdy inny 14 lutego, ale złożę życzenia wszystkim, którzy będą lansować się w kinie, galerii etc. U nas miała być dyskoteka, ale geniusze organizatorzy sobie zapomnieli, że jest żałoba narodowa, pokuta, post i w ogóle.
Z okazji ogólnopolskiego Dnia Plastiku, życzę Wam, abyście spod stert kartek pocztowych, spod kilogramów maskotek, spod metrów sześciennych serduszek widzieli jeszcze kawałek świata. Niech Wasze mózgi nie zostaną skute takimi różowymi, owłosionymi kajdankami, a Amorek ze swym łukiem niech Was nie terroryzuje. Oby kwiatki i inne drobne podarunki istniały także w dzień powszedni, a święto zakochanych nie było świętem w pełnym tego słowa znaczeniu. Najlepiej wstąpcie do Ruchu Czystych Serc, wtedy będziecie wiedzieli, czym jest prawdziwa miłość. AmenT.
Dziś sobie uświadomiłem, jacy ludzie mnie otaczają w szkole. Na przerwie przed fizyką Mirek rzucił “podobno będzie pytać z wojny Polsko-Bolszewickiej”. Normalną reakcją jest chyba uśmiech wywołany żartem. U mnie w klasie był tylko ogólny wytrzeszcz oczu, przerażenie i trzęsące się ręce. Krakowska inteligencja.

Bisz.

Ps. Pewnie już wszyscy wiedzą, ale św. Walenty oficjalnie jest patronem osób chorych psychicznie. Coś w tym musi być.


Jestem gorącym szesnastkiem!

luty 7, 2008

Się wreszcie zebrałem żeby coś napisać. Tak jakoś ferie się powoli kończą, postanowiłem je pożegnać. Tak więc, drogie feryjki, feriunie, CZEŚĆ PA.
Pierwszy tydzień ferii spędziłem w Zieleńcu. Mieszkałem w “Strasznym Dworze” wraz z policjantami i drużyną piłkarzy Śląska Wrocław. Każdego poranka musiałem stoczyć walkę z leniem, by wyleźć z łóżka i pojść na śnieg. Jakoś prawie zawsze mi się ta sztuka udawała i mogłem się w snołparku obijać do woli. Oj, jakie gleby tam szły to nie macie pojęcia xD. Najgorzej było, jak na boxie siadła mi bateria w mp3. Wyobraźcie sobie- pełna koncentracja, a tu nagle pojawia się pytanie “dlaczego to nie gra”. To gorsze niż nagły brak tlenu, taka cisza w uszach. Nikomu tego nie życzę :P . Ostatniego wieczora, gdy kończył się dwudniowy przegląd filmów o tematyce snowboardowo-ekstremalnej zostałem szczodrze obdarowany przez jego organizatora. Dostałem czapkę, koszulkę i skarpetki z Croppa oraz bon/talon/papier na duuuużą pizzę w restauracji hotelu Szarotka i dwie godziny dla dwóch osób w spa tegoż hotelu. Niestety, następnego dnia rano wyjeżdżałem, więc oddałem pizzę i spa w dobre ręce xD. Powrót był w sumie śmieszny, całą drogę czytałem/słuchałem muzyki. Capleton i Anthony B najlepsi na długie podróże xD. Po 11 godzinach byłem już w domu. Postanowiłem sporządzić krótką listę rzeczy, które mnie denerwowały. Nie lubię:
- kolesi na twin tipach, którzy nie potrafią skręcać
- kolesi na twin tipach, którzy jeżdżą pługiem
- kolesi na twin tipach, którzy chcieli się polansować na PFO koło skoczni, ale im się pomyliły terminy
- kolesi na nartach, którzy wymachują kijkami jakby to były śmigła helikoptera
- kolesi na nartach, którzą wyskakują do mnie z tekstami w stylu “samobójca”
- piłkarzy, którzy zużywają ciepłą wodę
- anteny od telewizora strzelającej fochy
- snowboardzistów, którzy wyglądają lepiej ode mnie
- piszczenia ratraków
- twardych lądowań
- wolnego śniegu
- umierającej baterii w mp3
- i w ogóle

Kolejny temat warty poruszenia- moje urodziny. 5-ty lutego, o 11 już w szpitalu na Strzeleckiej. W sumie nic ciekawego, poleżałem sobie jeden dzień, pojechałem “karetką” na jakieś badanie. Dwa razy groziła mi śmierć. Pierwszego dnia z nudów, drugiego dnia z głodu. W obu przypadkach zostałem bohatersko uratowany, za co bardzo dziękuję ;-) . Dzięki też wszystkim za życzenia, szczere, mniej szczere, te kilka minut po północy i te całkiem spóźnione :) .
Przed rozpoczęciem olimpiady z polskiego wraz z Mirem i Gibonem założyliśmy tajną, hermetyczna organizację. Nie mogę zdradzić jej celów oraz postanowień, ujawnię natomiast nazwę. Panie i panowie, 22 stycznia powstała “Supplicum Thei Antarcticae Rarogu Ognisty Żyrandol Tajemniczego Niebytu Onirycznego Wielmożny Scholar Chłostający Obmierzłe Dziewice Niniwy Igrające Apostołki Lewitujący Oriencie Żerców Apostatów Pentacl Occultae Metonimiczny Obrządek Rytuału Zimbabwejsko-Afrykańskiego”. W skrócie.. STAROŻYTNO-WSCHODNIA LOŻA POMORZA.

Bisz.


Ballada widelcowo-talerzna.

styczeń 24, 2008

Pył i kurz na polu bitwy opadł, emocje również. Etapy rejonowe napisane.
Postanowiłem napisać dwie wersje notki, jedną skromną i drugą trochę mniej. Obu nie należy traktować całkiem poważnie ;-) . Poruszę 2 sprawy: konkursy z fizyki, majcy i niemieckiego oraz zawody w Dziewiątce.

Do dzieła. Panie i panowie, wersja skromna, trochę emo.
W poniedziałek był rejon z fizyki. Rano myśląc o tym, że nic nie umiem postanowiłem nadrobić wyglądem. Wybrałem najbardziej niepasującą do marynarki koszulę jaką udało mi się znaleźć w szafie. W końcu skoro będę miał zero punktów, niech moi rywale uznają mnie za dziwaka. A skoro dziwak, to na pewno też wybitny umysł, geniusz. Zmierzyłem się z trzema zadaniami. Wszystkie odpowiedzi zgadywałem, ręce miałem zimne ze strachu. Wyszedłem z sali jako pierwszy, co miałem dumać nad kartką skoro i tak nic mądrego nie byłem w stanie napisać? Następnego dnia były wyniki. 35/36 punktów. Jestem pewny, że podmienili mi prace. Albo miałem dużo szczęścia (które ma zawsze głupi), wiatr pod narty i w ogóle. Cud po prostu.
Wyniki z majcy były w zeszłym tygodniu. 27/35 punktów. Strasznie mało, mimo korzystnego dla mnie klucza. Na pewno nie przejdę. Jestem beznadziejny.
W poniedziałek ogłoszono listę finalistów z niemieckiego. Próg 48 pkt, ja miałem 49,5/90. Kolejny cud, przecież tak niewiele brakowało żebym odpadł. W finale mnie wyśmieją. Słusznie z resztą, przecież jestem beznadziejny.
Zawody w 9. Mimo tragicznej gry całego zespołu jakoś wygraliśmy. Strasznie się gubiliśmy, ledwo udawało nam się piłkę przebić. Gdy przyszliśmy na miejsce, z Ksawerym postanowiliśmy pójść do pobliskiego kościoła. Ciężko tam trafić, najpierw weszliśmy na plebanię, ale w końcu się udało. Tam objawiła nam się Matka Boska Siatkarska i przepowiedziała nam wygraną. Chyba tylko dzięki temu nam się udało.

Wersja ciut mniej skromna.
W poniedziałek był rejon z fizyki. Rano myśląc o tym, że jestem strasznie przystojny, postanowiłem dziwnie się ubrać, żeby dziewczęta nie mdlały na mój widok. Wybrałem najbardziej niepasującą do marynarki koszulę jaką udało mi się znaleźć w szafie. W końcu jeśli mam mieć najwyższy wynik w komisji, to mogę wyglądać jak chcę. A skoro wyglądam inaczej niż wszyscy, to wiadomo że jestem fajny. Zmierzyłem się z trzema zadaniami. Były banalne, zrobiłem je w 15 minut. Wyszedłem z sali jako pierwszy, bo po co miałem siedzieć z tymi podrzędnymi imitacjami fizyków? Następnego dnia były wyniki. 35/36 punktów. Cholera, za co mi ten jeden punkt skosili?! Jakaś pomyłka pewnie, ale z litości nad tą nędzną komisją nawet nie idę na wgląd w prace. Żal mi ich, nie chcę wytykać im błędu, który z pewnością popełnili. W końcu to najwyższy wynik w szkole, więc nawet mnie to zadowala.
Wyniki z majcy były w zeszłym tygodniu. 27/35 punktów. Najwyższy wynik w szkole, to oczywiste. Zadania pochłaniały za dużo czasu, nie zdążyłem zrobić tych najprostszych. Tak to miałbym maksa, to jasne.
W poniedziałek ogłoszono listę finalistów z niemieckiego. Próg 48 pkt, ja miałem 49,5/90. Kolejny dowód na to, że jestem cudowny. Tylko ja wiem ile trze umieć, żeby przejść. Bo po co mieć więcej punktów jak i tak się przechodzi?
Zawody w 9. Rozwaliliśmy przeciwników, zmiażdżyliśmy, nie ścięli ani razu. My co drugą akcję kończyliśmy gwoździem w 3 metr boiska. Drugi set wygraliśmy 25 do 6. Zdobyłem 15 punktów samą zagrywką. W końcu jest się kapitanem, nie? Gdy przyszliśmy na miejsce, z Ksawerym postanowiliśmy pójść do pobliskiego kościoła. Ale brzydki kościół mają koło szkoły!

Wszystkie fakty są prawdziwe, może trochę je zniekształcać ogólny charakter opowieści xD.
Powodzenie religijnym olimpijczykom, szczęść Boże, Bóg zapłać, niech będzie pochwalony.
Biszkopt