UROCZYSTA PIŃDZIESIĄTA NOTKA!

maj 8, 2008

Elo, blog wraca do korzeni, do wszechogarniającej nudy i senności (senność i ogólne przymulenie jest w poezji nazywane oniryzmem).
Nie było wcześniej o czym pisać, a dodatkowo ostatnio cały czas przy kompie spędzam na graniu w Wiedźmina xD. W niedzielę byłem na meczu Wisły, fajny był. Siedem bramek w sumie padło, były i emocje, i ambitny doping, i w ogóle. Potem fajny powrót autobusem był, eskortowała nas policja (ta, grali se w karty na pleksiglasowej tarczy).
Ostatnio poczyniłem ciekawe obserwacje. Wszyscy się do mnie o wszystko przyczepiają, nikt mnie nie rozumie, jestem skłócony z otoczeniem, jestem samotny i nieszczęśliwie zakochany, gardzę motłochem, jestem skłonny do zemsty oraz uważam, że życie nie ma sensu, a ponadto protestuję przeciwko feudalnemu kształtowi państwa. Jednym słowem - jestem… bohaterem romantycznym (Myśleliście, że chodzi o emo? Wywiodłem Was w pole, ha!). Z tej też okazji postanowiłem napisać sonet. Podobno to jest trudne, więc wyjdzie mi jak wszystkie moje pozostałe wiersze i inne dzieła literackie, ale pierwsze sonety za kuwety, joł. Będzie to jubileuszowy sonet dla mojego bloga, w końcu pińdziesiąt wpisów to chyba fajnie.

Jest jedno takie miejsce, gdzieś w szponach Internetu
Jest jedno takie miejsce, na lewo od klozetu
Jest jedno takie miejsce, płacz i zgrzytanie zębów
Jest jedno takie miejsce, gdzie nie je się otrębów

Sprawcą tego wszystkiego jestem Ja
Uuu, ribi dibi, cza cza cza cza
Nie bocian, nie klamka, nie otręb zbożowy
Jam jest Biszkopt, i mój blog jest kolorowy

Ale po co to, na co to i komu?
Nie wiedzą tego chłopcy w Iraku
Choć chcieliby wrócić do domu

Pamiętajmy o Titanica wraku
I ten tego, ogólnie wiesz ziomuś
Cięty bądź i ruszaj do ataku

Jak widać, pierwsza zwrotka opisuje temat, druga odnosi go do podmiotu wiersza, a tercyny zawierają refleksję na jego temat, czyli tak jak każe Wikipedia. W pierwszej strofie paralelizm składniowy, ma na celu pokazać, jak schematyczny jest świat, w którym przyszło nam żyć. Jak sztywne są ramy schematów zachowań wpajanych nam od dziecka. Otręby symbolizują coś robionego tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia, np. chodzenie do kościoła. Czwarty wers można rozumieć tak, iż blog ten nie chodzi do kościoła, jest ateistą i odrzuca wszelkie wartości religijno-moralne, jest to jednak daleko idąca interpretacja. W drugiej strofie znajdują się onomatopeje, ich zadaniem jest wprowadzenie odbiorcy w pozytywny nastrój, podświadomie działa na zmysł wzroku i słuchu, bo wyobrażamy sobie śpiewającego bociana z jedną nogą w takiej skarpecie jakby, takiej rajstopie z wełny i trocin z dodatkiem poliuretanu. W trzeciej zwrotce nawiązanie do Iraku, przesłanie pacyfistyczne, potępienie pilnowania porządku za pomocą myśliwców i ostrej amunicji. W strofie ostatniej widzimy z kolei odwołanie do najsłynniejszego statku wszech czasów. Musimy pamiętać, że cała ta nasza marna cywilizacja powoli opada na dno. Albo i nie opada, ale pewnego dnia po prostu bez żadnego ostrzeżenia ********* się na sam dół. W drugim wersie kolokwializm, ma przedstawić podmiot liryczny jako osobę fajną i elo, bliską odbiorcy. Wiemy jednak, że to nieprawda, bo jestem wyalienowanym odludkiem który na śniadanie wsuwa jakieś ohydne korzonki i myje się wyciskając wodę z gałęzi. A na samym końcu apostrofa do czytelnika i pochwała ciętości, bo to moja ulubiona cecha, niemal tak ważna jak pokora.
Jestem wieszczem, pozdrawiam moją 4+ z polskiego.

Biszkopt


Bóg, ojczyzna, honorarium.

luty 28, 2008

I już po rekolekcjach. Wspaniały, wcale nie oklepany temat, “Twarze chrześcijaństwa”.
Pierwszego dnia w kościele nuda, ale potem w salach było ciekawie. Kazali nam przynieść farby, niby jakaś praca w grupach się szykowała. No, skoro farby to zgodnie z umową Michaś przyniósł wałek do malowania ścian, a przed lekcjami skoczyliśmy do OBI kupić litr Dekorala. Akurat jakaś wyprzedaż była to nie zapłaciliśmy dużo, a kolor piękny - zieleń aksamitna. Mieliśmy malować “Oblicze przebaczającego boga”. Wszyscy malowali stereotypowo, w dodatku plakatówkami. Jakiś uśmiechnięty dziad otoczony chmurami, czasem z aniołem u boku. Nasz plakat wyglądał tak:

W środku po hebrajsku napisane “Jahwe” (to zawdzięczamy Mirowi ;) ), dookoła uśmiechnięte buźki i nasze podpisy. Napis i uśmiechy namalowane wspomnianym wcześniej wałkiem przy pomocy szablonu zrobionego z jakichś kartek z angielskiego xD. Następnego dnia rozwiesili te prace na korytarzach. Nasza zawisła do góry nogami, dopiero rano osobiście to poprawiłem. Czyżby ktoś nie wiedział jak jest Jahwe po hebrajsku? Szczyt!
Drugi dzień rekolekcji był jeszcze nudniejszy. W czasie adoracji cała szkoła szła do spowiedzi, a my w tym czasie na kolanach mieliśmy se adorować. Z czasem tylko powstały coraz głupsze pomysły na sposób zakończenie adoracji, włącznie z zestrzeleniem monstrancji przy użyciu procy. Jezus Jezusem, ale godziny klęczenia w absolutnej ciszy chyba nikt nie wytrzyma? Potem poszliśmy do klasy dyskutować o bogu.
W środę ksiądz zaszalał - pokazywał nasze zdjęcia klasowe z komentarzem “wy też jesteście twarzą chrześcijaństwa, w was wszystkich mieszka Chrystus!”. No fajnie, tylko że mnie akurat nie było na tych zdjęciach. Czyli że co, bóg mnie nie kocha..? Potem poszliśmy w ramach przygotowań z języka polskiego oglądać pewien film. Było to tak niezwykłe przeżycie, że aż poświęce mu całą następną notkę. Czekajcie cierpliwie ;) .
Jutro się szykuje jeden z najśmieszniejszych dni w tym roku szkolnym. Sprawdzian z geografii. Niestety, jest tak zwany “czarny humor” xD. Męczy mnie też świadomość, że z każdą chwilą zbliża się zupełnie nieśmieszne triduum olimpijskie, niby się nie denerwuję, ale lekki dyskomfort odczuwam ;) . Poznałem również termin następnych zawodów. Uwaga, wypadają one dokładnie w dniu… konkursu matematycznego! Super! Połowy składu nie będzie, szykuje się ostra walka z rywalami o każdy punkt. Czasowstrzymywacz zakupię.
W poniedziałek pozyskałem najnowszą płytę Farben Lehre - Snukraina. Tytuł płyty nie wróży najlepiej, zbyt Happysad’owe klimaty ;) . Tytuł nie kłamał. Rzepa po prostu, z każdą nową płytą jest coraz gorzej, coraz bardziej nijak, coraz bardziej o miłości i w ogóle. Zobaczymy co pokażą w kwietniu na PRL. Pewnie zagrają większość piosenek ze Snukrainy, jakoś pogo przy tym kompletnie nie widzę.

Biszkopt.


Walę tynki.

luty 13, 2008

Gitara, zawody i pogańskie święto zwane Walentynkami. Po kolei :) .
Od poniedziałku jestem szczęśliwym posiadaczem gitary elektrycznej, wzmacniacza, paska, futerału i 5 metrów kabla. Gitara ma kolor wiśniowy i jest piękna. Palce mnie bolą jak nigdy wcześniej, ale przynajmniej czuję, że gram. Wszyscy trzymamy kciuki za moją dalszą karierę muzyczną :P . Od razu zastrzegam, że nie będę grał na zamówienie “Stairway to heaven”, ani “Nothing else matters”.
Wczoraj były zawody w Gimnazjum nr 1. Było zdecydowanie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, ale bez szału. Kolesi z Jedenastki to byśmy zmietli z powierzchni ziemi, ale na lepsze szkoły to może być trochę za mało. Nie ma co narzekać, ważne, że gramy dalej :) . Ja z pełnym poświęceniem sobie nawet moje nieszczęśliwe kolanko uszkodziłem, a od poniedziałku próbuję je rehabilitować. I co z tego, że kobieta pierwszego dnia sobie źle przeczytała napis na skierowaniu i leczyła nie tym, czym powinna. Co do zawodów jeszcze- wiecie, że przy ataku z drugiej linii, można przechodzić drugą linię? I ataki w taśmę liczone są jako odbicie przeciwników. A piłka miała ciężar takiej plażowej i palcami można ją było wcisnąć na 3 centymetry wgłąb. Wiadomo, złej baletnicy.. :P
Jutro wspaniały dzień, najcudowniejsze święto w roku. Urodziny Jacusia! Sto lat, stary! Jest jeszcze drugie święto. Okazuje się, że prawdą są słowa z piosenki Włochatego “Serce to jeszcze za mało żeby kochać”. Potrzebne są setki serc! Miliony! W piosence chodziło o serce takie w klatce piersiowej, okazuje się, że do kochania potrzebne są serca plastikowe. Takie czasy. Pewnie 14 lutego spędzę jak każdy inny 14 lutego, ale złożę życzenia wszystkim, którzy będą lansować się w kinie, galerii etc. U nas miała być dyskoteka, ale geniusze organizatorzy sobie zapomnieli, że jest żałoba narodowa, pokuta, post i w ogóle.
Z okazji ogólnopolskiego Dnia Plastiku, życzę Wam, abyście spod stert kartek pocztowych, spod kilogramów maskotek, spod metrów sześciennych serduszek widzieli jeszcze kawałek świata. Niech Wasze mózgi nie zostaną skute takimi różowymi, owłosionymi kajdankami, a Amorek ze swym łukiem niech Was nie terroryzuje. Oby kwiatki i inne drobne podarunki istniały także w dzień powszedni, a święto zakochanych nie było świętem w pełnym tego słowa znaczeniu. Najlepiej wstąpcie do Ruchu Czystych Serc, wtedy będziecie wiedzieli, czym jest prawdziwa miłość. AmenT.
Dziś sobie uświadomiłem, jacy ludzie mnie otaczają w szkole. Na przerwie przed fizyką Mirek rzucił “podobno będzie pytać z wojny Polsko-Bolszewickiej”. Normalną reakcją jest chyba uśmiech wywołany żartem. U mnie w klasie był tylko ogólny wytrzeszcz oczu, przerażenie i trzęsące się ręce. Krakowska inteligencja.

Bisz.

Ps. Pewnie już wszyscy wiedzą, ale św. Walenty oficjalnie jest patronem osób chorych psychicznie. Coś w tym musi być.


Jestem gorącym szesnastkiem!

luty 7, 2008

Się wreszcie zebrałem żeby coś napisać. Tak jakoś ferie się powoli kończą, postanowiłem je pożegnać. Tak więc, drogie feryjki, feriunie, CZEŚĆ PA.
Pierwszy tydzień ferii spędziłem w Zieleńcu. Mieszkałem w “Strasznym Dworze” wraz z policjantami i drużyną piłkarzy Śląska Wrocław. Każdego poranka musiałem stoczyć walkę z leniem, by wyleźć z łóżka i pojść na śnieg. Jakoś prawie zawsze mi się ta sztuka udawała i mogłem się w snołparku obijać do woli. Oj, jakie gleby tam szły to nie macie pojęcia xD. Najgorzej było, jak na boxie siadła mi bateria w mp3. Wyobraźcie sobie- pełna koncentracja, a tu nagle pojawia się pytanie “dlaczego to nie gra”. To gorsze niż nagły brak tlenu, taka cisza w uszach. Nikomu tego nie życzę :P . Ostatniego wieczora, gdy kończył się dwudniowy przegląd filmów o tematyce snowboardowo-ekstremalnej zostałem szczodrze obdarowany przez jego organizatora. Dostałem czapkę, koszulkę i skarpetki z Croppa oraz bon/talon/papier na duuuużą pizzę w restauracji hotelu Szarotka i dwie godziny dla dwóch osób w spa tegoż hotelu. Niestety, następnego dnia rano wyjeżdżałem, więc oddałem pizzę i spa w dobre ręce xD. Powrót był w sumie śmieszny, całą drogę czytałem/słuchałem muzyki. Capleton i Anthony B najlepsi na długie podróże xD. Po 11 godzinach byłem już w domu. Postanowiłem sporządzić krótką listę rzeczy, które mnie denerwowały. Nie lubię:
- kolesi na twin tipach, którzy nie potrafią skręcać
- kolesi na twin tipach, którzy jeżdżą pługiem
- kolesi na twin tipach, którzy chcieli się polansować na PFO koło skoczni, ale im się pomyliły terminy
- kolesi na nartach, którzy wymachują kijkami jakby to były śmigła helikoptera
- kolesi na nartach, którzą wyskakują do mnie z tekstami w stylu “samobójca”
- piłkarzy, którzy zużywają ciepłą wodę
- anteny od telewizora strzelającej fochy
- snowboardzistów, którzy wyglądają lepiej ode mnie
- piszczenia ratraków
- twardych lądowań
- wolnego śniegu
- umierającej baterii w mp3
- i w ogóle

Kolejny temat warty poruszenia- moje urodziny. 5-ty lutego, o 11 już w szpitalu na Strzeleckiej. W sumie nic ciekawego, poleżałem sobie jeden dzień, pojechałem “karetką” na jakieś badanie. Dwa razy groziła mi śmierć. Pierwszego dnia z nudów, drugiego dnia z głodu. W obu przypadkach zostałem bohatersko uratowany, za co bardzo dziękuję ;-) . Dzięki też wszystkim za życzenia, szczere, mniej szczere, te kilka minut po północy i te całkiem spóźnione :) .
Przed rozpoczęciem olimpiady z polskiego wraz z Mirem i Gibonem założyliśmy tajną, hermetyczna organizację. Nie mogę zdradzić jej celów oraz postanowień, ujawnię natomiast nazwę. Panie i panowie, 22 stycznia powstała “Supplicum Thei Antarcticae Rarogu Ognisty Żyrandol Tajemniczego Niebytu Onirycznego Wielmożny Scholar Chłostający Obmierzłe Dziewice Niniwy Igrające Apostołki Lewitujący Oriencie Żerców Apostatów Pentacl Occultae Metonimiczny Obrządek Rytuału Zimbabwejsko-Afrykańskiego”. W skrócie.. STAROŻYTNO-WSCHODNIA LOŻA POMORZA.

Bisz.


Ballada widelcowo-talerzna.

styczeń 24, 2008

Pył i kurz na polu bitwy opadł, emocje również. Etapy rejonowe napisane.
Postanowiłem napisać dwie wersje notki, jedną skromną i drugą trochę mniej. Obu nie należy traktować całkiem poważnie ;-) . Poruszę 2 sprawy: konkursy z fizyki, majcy i niemieckiego oraz zawody w Dziewiątce.

Do dzieła. Panie i panowie, wersja skromna, trochę emo.
W poniedziałek był rejon z fizyki. Rano myśląc o tym, że nic nie umiem postanowiłem nadrobić wyglądem. Wybrałem najbardziej niepasującą do marynarki koszulę jaką udało mi się znaleźć w szafie. W końcu skoro będę miał zero punktów, niech moi rywale uznają mnie za dziwaka. A skoro dziwak, to na pewno też wybitny umysł, geniusz. Zmierzyłem się z trzema zadaniami. Wszystkie odpowiedzi zgadywałem, ręce miałem zimne ze strachu. Wyszedłem z sali jako pierwszy, co miałem dumać nad kartką skoro i tak nic mądrego nie byłem w stanie napisać? Następnego dnia były wyniki. 35/36 punktów. Jestem pewny, że podmienili mi prace. Albo miałem dużo szczęścia (które ma zawsze głupi), wiatr pod narty i w ogóle. Cud po prostu.
Wyniki z majcy były w zeszłym tygodniu. 27/35 punktów. Strasznie mało, mimo korzystnego dla mnie klucza. Na pewno nie przejdę. Jestem beznadziejny.
W poniedziałek ogłoszono listę finalistów z niemieckiego. Próg 48 pkt, ja miałem 49,5/90. Kolejny cud, przecież tak niewiele brakowało żebym odpadł. W finale mnie wyśmieją. Słusznie z resztą, przecież jestem beznadziejny.
Zawody w 9. Mimo tragicznej gry całego zespołu jakoś wygraliśmy. Strasznie się gubiliśmy, ledwo udawało nam się piłkę przebić. Gdy przyszliśmy na miejsce, z Ksawerym postanowiliśmy pójść do pobliskiego kościoła. Ciężko tam trafić, najpierw weszliśmy na plebanię, ale w końcu się udało. Tam objawiła nam się Matka Boska Siatkarska i przepowiedziała nam wygraną. Chyba tylko dzięki temu nam się udało.

Wersja ciut mniej skromna.
W poniedziałek był rejon z fizyki. Rano myśląc o tym, że jestem strasznie przystojny, postanowiłem dziwnie się ubrać, żeby dziewczęta nie mdlały na mój widok. Wybrałem najbardziej niepasującą do marynarki koszulę jaką udało mi się znaleźć w szafie. W końcu jeśli mam mieć najwyższy wynik w komisji, to mogę wyglądać jak chcę. A skoro wyglądam inaczej niż wszyscy, to wiadomo że jestem fajny. Zmierzyłem się z trzema zadaniami. Były banalne, zrobiłem je w 15 minut. Wyszedłem z sali jako pierwszy, bo po co miałem siedzieć z tymi podrzędnymi imitacjami fizyków? Następnego dnia były wyniki. 35/36 punktów. Cholera, za co mi ten jeden punkt skosili?! Jakaś pomyłka pewnie, ale z litości nad tą nędzną komisją nawet nie idę na wgląd w prace. Żal mi ich, nie chcę wytykać im błędu, który z pewnością popełnili. W końcu to najwyższy wynik w szkole, więc nawet mnie to zadowala.
Wyniki z majcy były w zeszłym tygodniu. 27/35 punktów. Najwyższy wynik w szkole, to oczywiste. Zadania pochłaniały za dużo czasu, nie zdążyłem zrobić tych najprostszych. Tak to miałbym maksa, to jasne.
W poniedziałek ogłoszono listę finalistów z niemieckiego. Próg 48 pkt, ja miałem 49,5/90. Kolejny dowód na to, że jestem cudowny. Tylko ja wiem ile trze umieć, żeby przejść. Bo po co mieć więcej punktów jak i tak się przechodzi?
Zawody w 9. Rozwaliliśmy przeciwników, zmiażdżyliśmy, nie ścięli ani razu. My co drugą akcję kończyliśmy gwoździem w 3 metr boiska. Drugi set wygraliśmy 25 do 6. Zdobyłem 15 punktów samą zagrywką. W końcu jest się kapitanem, nie? Gdy przyszliśmy na miejsce, z Ksawerym postanowiliśmy pójść do pobliskiego kościoła. Ale brzydki kościół mają koło szkoły!

Wszystkie fakty są prawdziwe, może trochę je zniekształcać ogólny charakter opowieści xD.
Powodzenie religijnym olimpijczykom, szczęść Boże, Bóg zapłać, niech będzie pochwalony.
Biszkopt


Oi! Oi!

grudzień 17, 2007

Oj, działo się w ten łikend. Oj, chciałbym żeby co tydzień tak było xD. A dzisiejszy dzień z chęcią mógłbym wymienić na długopis, spinacz biurowy, na cokolwiek.
W sobotę byłem na meczu. Na meczu Wisły. Konkretnie to na meczu siatkarek Wisły. Śliwa grała na rozegraniu, tak, TA Śliwa. Biała Gwiazda wygrała 3:1, ogromnych emocji nie było ;) . Jakoś nie ładowały gwoździ w drugi metr boiska, serwisy nie latały z prędkościa 120 km/h, ale było kilka fajnych akcji. Siatkówka to jednak fajny sport jest xD.

Wczoraj z kolei w Loch Ness był koncert Analogsów. Przed 18 wszedłem do środka, zadłużyłem się na złotówkę u pana w szatni, który przypomniał mi żebym sobie papierosy z kurtki wziął. Tak sobie jakoś postałem pół godziny, o 18.15 zaczął grać zespół o nazwie Beri Beri. Polecam poczytać co to jest to całe beri beri, mam na myśli chorobę ;) . W zespole 4 dziewczyny (nie wyglądały jakoś porażająco, takie zwykłe laski z gitarami), na ich MySpace’ie można sobie posłuchać jak grają. Dodam, że na żywo jak to na żywo - nie wychodziło do końca tak równo i melodyjnie jak w studiu. Generalnie dawały radę ;) . Potem przyszedł czas na Razorquillz. Zespół światowy, z Niemiec. Facet za perkusją, 2 panny z gitarami. Na początku przez jakieś pół minuty nie uraczyły nas wokalem, potem jedna z nich zapodała jakieś kalifornijsko pop-punkowe “hej! hej!”. Prawdę mówiąc, spodziewałem się takiego grania, jakie zaprezentowały ich poprzedniczki xD. Ale… Jak się zaczęłą jedna z nich drzeć, to garaż, garaż i jeszcze raz garaż. Wokal był w ogóle słabo słyszalny, robiło to niesamowite wrażenie, nie mówiąc już o tatuażach wokalistki. A wstawki między kawałkami to już całkiem wypasione. Tu jakiś filmik z ich koncertu, nie brzmi to tak jak brzmiało wczoraj, ale i tak jest czego posłuchać.
Między piosenkami skini zaczęli krzyczeć “antifascist skinheads” i “punks and skins united win”. Wyyypas, ze skinów całkiem porządne chłopaki są :P . I wokalistko-gitarzystka podała mi rekę, zamierzałem ją sprzedać na Allegro, ale jestem do niej zbyt przywiązany niestety. Mam na myśli swoją dłoń. A potem wyszli Analogsi, pogo, pogo, pogo. To nawet nie ma co próbować opisać co się tam działo. Jako pamiątka tego całego wydarzenia zostały mi uglanione buty, ciuchy przesiąknięte zapachem fajek i piwa, 2 siniaki i malutka śliwunia pod prawym okiem. Nie mam pojęcia skąd ona się tam wzięła, łokieć, bania, pięść, kolano, but? Mogę się jedynie domyślać. Do tej pory dzwoni mi w uszach, a żeby się ze mną skontaktować trzeba niemalże krzyczeć.

Dziś były zawody. Nie lubię tłumaczeń w stylu “zły dzień, mała sala, niewygodna opaska uciskowa na kostkę, śliski parkiet, złe piłki”, dlatego nic nie napiszę więcej. Przez całą drogę powrotną wymyślaliśmy słowa zaczynając się od para-. Parapety, parasole, paralaksy, paralele, parabole. To wszystko za mało jak na naszą parareprezentację. I od dziś zamiast nara mówimy para. Syndrom polskich siatkarzy i tyle.

ParaBiszkopt.


Milordzie, pada deszcz.

grudzień 13, 2007

Po testach, po wynikach z olimpiady, po zawodach. Prawie jak wolność.
Testy były jakieś dziwne, takie trudno-łatwe. Na humanie walnęli jakiś szary rysunek i dawali pytania z cyklu “co autor chciał wyrazić”. Ale to tylko próbne testy. Jedyne z czego jestem zadowolony to mój rysunek w brudnopisie. Był jedyną rzeczą, która znalazła się we wspomnianym brudnopisie. Takiego ładnego biszkopta jeszcze w życiu nie narysowałem. Był idealny pod każdym względem, zachowane proporcje, gra świateł, cień na podłożu.. Dzieło sztuki. I co z tego, że miałem ten swój kod jak i tak mnie wyczają sprawdzający po rysunku xD.
Dziś ostatnie wyniki olimpijskie, które mnie bezpośrednio dotyczą. Polski. I teraz takie małe zestawienie walnę, żeby trochę przyszpanować.
- Matematyka, 16/25, rejon
- Chemia 37/50, rejon
- Niemiecki, 59/88, rejon
- Fizyka, 19/22, rejon
- Polski, 69/80, rejon
- Geografia, 30/45, odpadłem (dopiero wchodząc na salę dowiedziałem się jaki jest tegoroczny temat, o uczeniu się nie może być mowy, nawet na zeszyt nie spojrzałem. Przechodziło się od 33 pkt, bez nauki brakło mi 3 pkt. Wymiatam xD)
Generalnie jestem zadowolony :) .

Przedwczoraj miały być zawody, owszem były. Okazało się, że gramy w kosza, a siatka jest w poniedziałek. W ten oto sposób reprezentacja siatki pojechała grać w kosza. Ale jak na prawdziwych czarnych ziomali z brudnych dzielnic, wychowanych na szarych ulicach bez perspektyw przystało - 3 miejsce. I co z tego, że były 4 drużyny, a ja nie wszedłem nawet na boisko, skoro zawsze w kosza wszyscy nas lali jak im się podobało. W poniedziałek zobaczymy, czy w siatkę też sobie tak dobrze radzą ;) .

Ostatnio widziałem w telewizji jakiegoś młodzieńca w bluzie KSU. Trochę się takich bluz w życiu widziało, wiem że na plecach jest duży napis “IDŹ POD PRĄD”. O czym mógł być ten reportaż, zapytacie. Pobicie jakiegoś skina? Nalot policji na któryś ze skłotów? Zamieszki przed ambasadą USA? Nic bardziej mylnego, chodziło o konkurs szopek w Krakowie. A co robił tam nasz buntownik, niepokorny, chodzący pod prąd idealista? Powinien przecież zmieniać świat, walczyć za sprawę i w ogóle. Jednak nie. Cytuję jego wypowiedź: “Dziadek mi kazał”. Bunt buntem, dziadek dziadkiem. Jaki z tego morał? Nie ma żadnego.

Mam dziś jeszcze opowiadanie, tak mnie naszło jakoś. Pamiętacie romantyczną historię z kaloryferem w tle? Napisałem ją w notce pt. Kolano, część druga. Przyszedł czas na kontunuację.
Jak co rano obudził go wrzask budzika. Nie zastanawiał się co czyni, robił przecież to samo każdego ranka od kilkunastu lat. Wyłączył budzik, zwlekł się z łóżka, poszedł do łazienki. I stała się wtedy rzecz niesłychana. Okazało się, że wcale nie jest w łazience! Nieświadomy swych poczynań zszedł do piwnicy. Nie był to dobry znak. Gdyby już teraz wiedział, co spotka go przed zmierzchem, wróciłby do łóżka. Po zimnych, kamiennych schodach wrócił z mrocznych kazamatów na powierzchnię. Drugi raz nie mógł się pomylić. Z niesamowitym skupieniem, wytężająć mięśnie skierował się do łazienki. Krople poty pojawiły się na jego skroni. Każdy kolejny krok był walką o życie. Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszą chwilę zwątpienia. Wszystkie przygotowania poszłyby na marne, marzenia pozostałyby jedynie marzeniami. W końcu udało się! Pod stopami miał znajome, łososiowe kafelki, drżącą z wysiłku ręką siegnął do kranu. Przekręcił. Przekręcił bardziej. Nic się nie wydarzyło. Zastygł w bezruchu czekając na wielki strumień wylewający się z tego śmiesznego, metalowego walca. I wtedy uświadowił sobie straszliwą prawdę. Pogotowie wodociągowe odcięło wodę.
Wszystko na nic.

Ale długa notka O_o
Biszkopt