1701867809.

wrzesień 26, 2008

Tytuł notki jest liczbą pierwszą, którą po 24 godzinach pracy wygenerował nasz program służący do… generowania liczb pierwszych.

Nie żebym nie miał lepszych rozrywek niż program wypisujący liczby pierwsze, ale przecież jestem na obozie naukowym. Obóz naukowy polega na tym, że na 10 facetów przypada jedna dziewczyna. Obóz naukowy jest jakby jedną wielką klasą algo. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu są tu prawie sami uczniowie klas E, czyli oprócz jednej dziewczyny, na 10 mężczyzn przypada 9,83 laptopa. Przywieziono tu nawet drukarkę laserową, bo tablice i projektor multimedialny to norma.

Przeciętny dzień zaczyna się, paradoksalnie, w środku nocy. Już o 8.45 jest śniadanie. Śniadaniem nazywamy talerzyk, na którym leży ilość masła wystarczająca do posmarowania trzech małych kromek chleba, a także 4, w porywach do 5, plasterki wędliny. Jem to w sposób bardzo sprytny, godny asów wywiadu, którzy muszą sobie radzić w samym sercu tajgi syberyjskiej (Albo tundry? Albo ani tajga ani tundra nie jest na Syberii…?). Mianowicie – smaruję kromkę chleba masłem i kładę na nią 2 kawałki szynki. To wszystko przykrywam drugą, nieposmarowaną kromką. Generalnie wędliny wyczuć się tam nie da, więc popijam “kanapkę” herbatą. Czego jak czego, cukru mają chyba pod dostatkiem. Chleb popity taką herbatą smakuje jak drożdżówka. Obiady nie lepsze, kolacje tak samo. Łazienki mają rozmiary porównywalne do szafy, siadając na kiblu należy uważać, żeby nie wybić sobie zębów o umywalkę. No ale miało być o typowym dniu na obozie naukowym.

Po śniadaniu 2 godzinki zajęć z matematyki. Jest fajnie, wszyscy zaspanymi oczkami tępo wpatrują się w tablicę próbując zrozumiać wzory, symbole, oznaczenia, równania i inne tłumaczenia. Nie no, żart. Akurat zajęcia z matematyki są w porządku. Po zajęciach (godzina 11.30) 2 godziny wolne, bo dopiero za 2 godziny będzie obiad (13.30, wczesny ranek). Ten czas można poświęcić na przykład na rozwiązywanie zadań na jutrzejsze zajęcia, pisanie programów, które muszą zostać zaliczone do końca września i tak dalej. Ja najczęściej leżę na łóżku nie robiąc nic, czasami gram na laptopie. Mówiłem już, że na terenie całego ośrodka jest Internet? Jak nie to mówię. Co prawda jedna Neostrada, z której chce korzystać 50 osób z laptopami to trochę mało, ale wszystkiego mieć nie można.

Po obiedzie zaczynają się wykłady. Każdy trwa godzinę, niektóre odbywają się równocześnie z innymi, większość jest niezrozumiała, pozostałe i tak nie są porywająco ciekawe. Na wykłady można nie chodzić. Nikomu nie robi różnicy czy śpi się w pokoju czy przy pierwszym stoliku (oczywiście oprócz osoby śpiącej, stoliki z natury nie są zbyt wygodne). Tematy wykładów bywają różne – od algorytmów tekstowych (algorytm Manachera, wyszukiwanie najdłuższych prefikso-sufiksów itd.) przez algorytmiczną teorię liczb (test pierwszości ASK, szukanie długości cyklów) po lingwistykę, działanie grupy na zbiorach oraz teorię informacji. Ludzie różnie zachowują się po powrocie do pokoju. Łukasz na pytanie “jak było?” wybuchnął śmiechem, Zygmunt narzekał, że ktoś ciągle go budził albo usprawiedliwiał nierozumienie wykładu nieznajomością jakiegoś mądrego słowa. Dobrą chwilę zajęło nam ustalenie, o jakie słowo chodziło. W końcu okazało się, że była to “entropia”. Użyliśmy google’a. Pierwszy link z Wikipedii: “Entropia jest to termodynamiczna funkcja stanu, określająca kierunek przebiegu procesów spontanicznych (samorzutnych) w odosobnionym układzie termodynamicznym. Jest wielkością ekstensywną.”. Całkiem fajnie, jednak okazało się, że to nie o tą entropię chodziło. Właściwa entropia nie ma już tak fajnej definicji, ma za to ciekawy wzór, wygląda on tak:
Image Hosted by ImageShack.us
Pokazaliśmy go Dawidowi. Dawid po chwili namysłu stwierdził “No, to ha od iks chyba kojarzę.”.

Po wykładach, w godzinach popołudniowych (18.15), kolacja, po kolacji wieczorynka. Nie, nie taka wieczorynka. Taka inna. Chodzi o wieczorny wykładzik-lajcik. Wieczorynki są fajne, pierwsza dotyczyła kryptografii niestosowanej. Brzmi nieźle, ale powiem tylko, że nauczyliśmy się łamać niewyobrażalnie dobrze zabezpieczone hasła na GG. Na kolejnej wieczorynce poznaliśmy kilka ciekawych wzorów oraz dowiedzieliśmy się, co robić by kromka nie spadła na stronę z masłem. Wszystko poparte obliczeniami. Po wieczorynce zdaża się jeszcze jakieś omówienie zadań z konkursu informatycznego czy coś.

Od północy cisza nocna, której wczoraj nie było. W pokoju obok mieszkają dziewczyny, mamy z nimi wspólny balkon, nie było ciszy nocnej… I co? Sęk w tym, że nic. To jest dramat, że nawet w takich okolicznościach nie warto wychodzić z pokoju, bo najnormalniej w świecie nie ma do kogo pójść. Efektem braku ciszy nocnej była moja nieobecność na śniadaniu oraz fakt, że z łóżka wyszedłem ok. 13.30. A wyszedłem tylko po to, żeby pójść do sklepu. Sklep jak sklep, spodobała mi się wisząca przy alkoholach kartka z napisem wykonanym przy pomocy długopisu “Kredytu nie udzielamy”. Wracam we wtorek.

Biszkopt

Ps. Na pożegnanie zdjęcie z Bułgarii, tytuł zdjęcia: “Impossible is nothing”. Kilka chwil później Michaś spadł wiadomo na co. Aż było czuć pod nogami jak zatrzęsła się podłoga, zacząłem się zastanawiać skąd Michasiowi wystawać będzie kręgosłup i jak szybko krew ścieka po ścianie. Na szczęście Michaś wstał i powiedział tylko, że boli go palec.


Wakacyjno.

sierpień 27, 2008

Cześć, ostatni raz pisałem tu tak jakby no prawie wczoraj, od tamtej pory w zasadzie nie wydarzyło się nic ciekawego.

No niby byłem w Bułgarii. Niby balowaliśmy na dyskotekach do 3-4 nad ranem, niby o 2 w nocy skakaliśmy na batucie, niby pokoje miały rozmiary komórki pod schodami Harry’ego Pottera ale co z tego? Przecież nie to jest w życiu najważniejsze. Najważniejsze nie jest również to, że Mirek przedostatniej nocy zgubił aparat Michasia ze wszystkimi zdjęciami, ani to, że z Ukraińcami zaprzyjaźniliśmy się mówiąc jedynie “Euro 2008″, ani też nie to, że średnio każdej nocy byliśmy zapraszani do 4 różnych pokojów zamieszkanych przez osobniczki płci przeciwnej. Niestety, w większości ich inteligencja była porównywalna z inteligencją doniczki ozdobnej z takim brokacikiem po bokach. I nie chodzi o to, że się wywyższam czy coś, ale są chwile, gdy ludzka głupota boli. My umieraliśmy w męczarniach. Co w takim razie jest najważniejsze? Nie wiadomo!

Potem było Rytro, którego tak naprawdę nie było. Największe nieporozumienie wszechczasów. Do teraz żałuję, że za tego Kangura po prostu nie wziąłem głupiej, gumowej linijki. Albo czegokolwiek innego, długopisu, gumy do żucia, chusteczek higienicznych. Mogłem nawet niczego nie brać, byleby tylko tam nie jechać. Walić, na moim miejscu Bruce Willis na pewno jakoś by sobie poradził, pewnie wysadziłby ośrodek, stołówkę, wysadziłby pobliski sklep monopolowy albo wysadziłby siedzibę straży pożarnej znajdującą się naprzeciwko ośrodka.

Po powrocie był wyjazd do Kryspinowa, grill u Davida, impreza pożegnalno-powitalna u Michasia… Wszystko działo się tak dawno, że nawet nie wiem co mógłbym opowiedzieć. Napiszę tylko, że Gibon zamordował swoją skarpetkę, a Michaś w Londynie kupił kolejnego Singstara.

A, jeszcze Pyromachina na błoniach była. Wiecie jak wygląda współczesna sztuka? Robicie smoka z tektury i go podpalacie. To, czy będziecie sławni, zależy tylko od gabarytów smoka. Im większy tym lepszy! Generalnie całe to mizerne show było stratą czasu, no może za wyjątkiem tego co działo się na samym końcu.

Pojechałem sobie jeszcze do Zielonej Góry, zwiedzać dziadków i inne fragmenty rodziny. Z nudów wybrałem się na żużel. Najfajniejszy był moment jak na tor wjechała karetka, bo dwóch zawodników postanowiło sprawdzić bezpieczeństwo band. Bandy spisały się na medal. Powrót z Zielonej Góry był równie hardkorowy, prawie 2,5 godziny opóźnienia. A że normalnie jedzie się stamtąd ponad 8 godzin, to miałem czas myśleć nawet o zbieraniu grzybów w lesie, obok którego, z nieznanego powodu, się zatrzymaliśmy. Pan Konduktor powiedział, że wcale nikt nie ukradł nam torów, ja mu wierzę.

Częściowo w czasie mojego pobytu w ZG nasi dzielni sportowcy walczyli z brakiem profesjonalizmu w polskich związkach i w ogóle z całym światem. Z pełnym poświęceniem wstawałem o nieludzko wczesnych porach i przełożyłem termin powrotu żeby obejrzeć Polska-Brazylia. I po co? Wyglądało to jak bojkot igrzysk, wolny Tybet i Gruzja, ale czemu akurat po zakończeniu fazy grupowej? No, ale już za 4 lata Londyn. Ciekawe tylko, jaka wtedy będzie okazja do niezdobywania medali?

W zeszłym tygodniu jeszcze sobie z naszym szalonym Mirusiem poszliśmy do Imbiru na koncert. Zaczęło się z “małym” poślizgiem, ale w sumie było fajnie. Spotkaliśmy osobników z naszej Pistacjowej Szkoły, ale chyba mamy kazały im szybko wrócić, bo około 21 wsiąkli. Mirek nawiązał kontakt z dwoma Hiszpanami, którzy okazali się Baskami, przeze mnie znów wokalista musiał łapać sobie statyw, nic szczególnego. No, może byłem trochę bardziej poobijany niż zwykle, ale zdobyte w dzieciństwie doświadczenie zaprocentuje w przyszłości (nie wiem o co chodzi, tak jakoś mi się napisało). Potem jeszcze w Galerii podziwialiśmy palący się kosz na śmieci i spacerowaliśmy po opustoszałym dworcu, prawie jak w takiej jednej książce o takim chłopcu, którego koleżanka powiedziała mu, że cośtam i on się wtedy tak strasznie przejął tym. Kojarzycie?

Wiem, że i tak nikt do tego miejsca nie doczyta, ale wiersz. Tytuł: “Regał ał łał”.

Stoi.
Wciąż stoi.
Stać będzie zawsze.
Regał ał łał.

Chodzi o to, że w życiu są rzeczy ważne, podstawowe i fundamentalne, bez których – co tu dużo mówić – po prostu byłoby nudno. O co dokładnie kaman? O kieszonkowe i empetrójkę, rzecz jasna.

Biszkopt

Ps.


Bułkarnia.

lipiec 4, 2008

Jutro wcześnie z rańca wyruszamy do Bułgarii kraść kebaby. No, nareszcie.
Tym razem bez grilla (bo co za frajda jeść gorące kiełbaski, kiedy za oknem jest 50 stopni), ale i tak powinno być fajnie. Ekipa, morze i w ogóle ;-). Cześć pa, wracamy 16 lypca.
Dziś miałem okazję poznać połowę (?) swojej przyszłej klasy. Jest Zygmunt, więc spoko. Tylko jeszcze muszę sobie wymyślić kogo będę udawał żeby mnie wszyscy lubili, bo w nowej szkole to koniecznie trzeba kogoś udawać. Może powiem o wujku właścicielu Interii (wiadomo o co chodzi) albo o tym, jak w gimnazjum nikt mnie lubił, bo byłem najprzystojniejszy (ok, to pewnie tylko Gibon załapie xD). Albo zacznę udawać szarmanckiego informatyka-romantyka-paralityka, który z miłości zapchał swojej wybrance skrzynkę mailową ofertami drogich, szwajcarskich zegarków. Wszystkie na to polecą.
Z Biszkoptowego kalendarza: 2.07 minął rok od pierwszej próby naszego zespołu z perkusistą. Wtedy również nagrana została piosenka (jak to dumnie brzmi, piosenka) pod tytułem Daria Wypych. Mieliśmy wtedy tylko jednego elektryka, teraz mamy 3 i bas, a grać wciąż za cholerę nie umiemy.
3.07 minął rok od koncertu Red Hotów. Znalazłem się tam przez przypadek, dzień wcześniej, po powrocie z wyżej wspomnianej próby, tatuś zapytał “czy może bym nie pojechał sobie jutro do Chorzowa na koncert”. No i sobie pojechałem. Tego samego dnia miało miejsce również inne wydarzenie, które zadecydowało o wyglądzie ostatniego roku oraz tego jak i z kim spędzałem większość wolnego czasu. No, ale nie napiszę o co chodzi, żeby nie było za fajnie xD.
A ponieważ zapomniałem napisać wcześniej, to napiszę teraz – jak wiadomo, skończyło się Ojro 2008. Przed meczem z Chorwacją w studiu analizowano grę polskiej drużyny. Zachwycano się świetną grą napastników, konstruowaniem strasznie pomysłowych akcji przez naszą drużynę, znakomitą współpracę między obrońcami i pomocnikami i innymi bajerami. Brzmiało to mniej więcej tak: “Rewelacyjne rozciagnięcie na lewą stronę, świetne przyjęcie piłki, Krzynówek znakomicie dostrzegł Smolarka wbiegającego w pole karne, zgrywa mu piłkę i… Smolarek w nią nie trafia.” I na ekranie telewizorów widzieliśmy Ebiego machającego nogą 40cm obok piłki. Tak właśnie wygląda polski futbol. Ale przynajmniej Ebi zaklął po polsku, a w jego przypadku to i tak nieźle.

Biszkopt.

Ps. Nie tęsknię.


Truskawki z cukrem.

maj 28, 2008

Jakoś tak od rana mam nieopisaną wręcz ochotę zjedzenia truskawki z cukrem.
Ok, oto zapowiedziana notka ze zdjęciami. Na początku jeszcze krótka część opisowa będzie.
Tydzień temu po napisaniu kilku słów od Biszkopta Prowadzącego na tym zacnym blogu poszedłem do kina na Sierociniec. Film zaczynał się o 16.00, bilety kupiliśmy o 16.15. W sam raz żeby ominąć reklamy. Tylko miejsce miałem słabe – przy samych schodach, te głupie niebieskie światełka nie dawały mi spokoju. Film jako taki beznadziejny, podobno horrrorrrr. Gdy w domu na swoim maleńkim telewizorku oglądałem trailer bałem się bardziej niż na sali kinowej, z wielkim ekranem, przy zgaszonym świetle i z wypasionym dźwiękiem. A na dodatek bilety były droższe niż normalnie. Następnego dnia też byłem w kinie, tym razem na najnowszym Indianie. Jechałem autobusem z Gibonem, którego od siedzenia na krzesłku złapała kolka. Tak to jest, jak od roku nie ćwiczy się na WFie kaleko. Potem sobie wysiedliśmy, Gibon trzymając się za brzuch sapał “nie tak szybko”, ale nie to jest najważniejsze. Coś śmierdziało palącą się szkołą. Pomyśleliśmy, że to może paląca się szkoła. Po kilkunastu sekundach minęli nas strażacy w swym czerwonym Ferrari. Zatrzymali się przy śmietniku, wyciągnęli sikawki i przystąpili do akcji. Chcieliśmy ich obezwładnić i poczekać aż szkoła się zapali, ale stwierdziliśmy, że się na film spóźnimy. Zrobiłem tylko pamiątkowe zdjęcie:

Sam film niczym specjalnym nie był, taki w sam raz do obejrzenia z wyłączonym myśleniem. Momentami Wściekłe Pięści Węża wymagały szybszego kojarzenia faktów. Najlepszy był moment jak Indiana przeżył wybuch bomby atomowej zamykając się w lodówce. Potem jak gdyby nigdy nic otworzył ją od środka, wyszedł i się otrzepał. Kozak. A na końcu pojawiło się UFO nielubiące komunistów i wszystko się zawaliło, zatonęło i spłonęło. Potem się jeszcze okazało, że Michaś zostawił na sali parasol. A przypomniał sobie o nim gdy staliśmy pod McDonaldsem i zaczął padać deszcz.
Teraz jeszcze jedna fotka z Pragi:

Żeby nie było wątpliwości – żaden z nas nie wygląda tak na codzień, Jacek nie nosi bokserek na dżinsy, ja nie chodzę w kapturze, Ksawery nie gania w dresie i w kurtce Gibona i w ogóle.
Następna fotka – Punky Reggae Live.

Ten koleś obok mnie wygląda… conajmniej dziwnie. Zwróćcie jeszcze uwagę na dolny prawy róg zdjęcia, przed barierką. Nogi człowieka, którego głowa z pewnością niebezpiecznie szybko zbliżała się do podłogi, fajowo miał.
Wczoraj nam w szkole zdjęcia robili, indywidualne i grupowe. Ciężko zachować powagę jak Gibon z Ksawerym próbują Cię rozmieszyć, ale dałem radę. Ha! A potem zrobiliśmy własną sesję:

W tej za małej białej koszuli wyglądam jak gwiazda Disco Polo. I te nasze miny to w ogóle trochę ten tego, ale pani K. zaganiała nas już na lekcję, więc nie było czasu na ładne uśmiechy. Potem skoczyłem sobie do lekarza, od lekarza skoczyłem sobie do Michasia. U Michasia jak zwykle. Tylko że Plej Stejszyn Cwaj gdzieś z mieszkania wyparował. Postanowiliśmy przestraszyć kolesia, który miał przywieźć nam pizzę:


No, i kto wygląda najlepiej? Ja! Michaś przebrał się za Pana Tadeusza jakbyście się nie zorientowali, ja niby byłem jego ochroniarzem.
A już w sobotę wielki pijarski festyn. Nie piszę o tym bez powodu. Znacie Gracjana? Nie?

Zobaczcie na ilość obejrzeń. I teraz uwaga… Zaprosiliśmy Gracjana na festyn, strasznie się ucieszył i obiecał przyjść. Wreszcie będzie działo się coś ciekawego. Tak szczerze mówiąc to ja podziwiam Gracjana, grande respekt. Żółwik i w ogóle elo.

Biszkopt


Ja i Jenny byliśmy jak marchewki z groszkiem.

maj 22, 2008

Cytat wiadomo skąd. Nie żebym znał jakąś Jenny albo lubił marchewkę z groszkiem, ale głębokie to i fajne.
Tak jakoś nie mogłem się zebrać do pisania czegokolwiek. W szkole nadal nikt mnie nie rozumie, okazało się, że wypowiedzenie czyjegoś imienia i nazwisko obraża tą osobę. Wstydźmy się swoich nazwisk.
W czwartek widziałem na Karmelickiej kolesia skasowanego przez tramwaj. Tramwaje to tak naprawdę mroczni zabójcy i wysłannicy Szatana, wsiadając do nich nasze umysły zostają opętane przez Czarnego Motorniczego Śmierci. W sobotę byliśmy “Ekipą” (xD) u Michasia. Bawiliśmy się imadłem, graliśmy w Singstara (Zygmunt kosił wszystkich), oglądaliśmy filmy z polskiego artystycznego podziemia i katowaliśmy się pizzą o dość intensywnym smaku i w ogóle. Tytuł tego filmu to “Wściekłe Pięści Węża”. Humor na najwyższym światowym poziomie, aktorstwo jeszcze lepsza. I ta fabuła… Oto krótki fragment, cały film był mniej więcej w takim klimacie.

W piątek dostałem kopertę, w której były karteczki, na których osoby z klasy pisały moje wady i zalety (o ja, zdanie wielokrotnie złożone). Dowiedziałem się z nich, że jestem elokwentny, na początku nie byłem pewien czy wiem co to znaczy. A jedną z moich licznych wad jest to, że “trzymam się w grupie”. Dobra, od dziś siedzę w kącie, sam na sam z moją tęczową żyletką.
We wtorek był tydzień Warszawki w naszej pistacjowej szkole. Z Ksawerym przygotowaliśmy wspaniały poczęstunek – mieszankę warszawską. Receptura jest ściśle tajna, znają ją tylko najbardziej warszawscy z Warszawiaków (nie są oni zbytnio lubiani w Polsce, więc przepis ciężko zdobyć), ale powiem, że w skład wchodzą m.in. czipsy we wszystkich możliwych smakach, orzeszki solone i precelki beskidzkie (na paluszki Lajkonika brakło mi kasy). Okazało się, że ludzie w naszej szkole są w domu głodzeni, normalnie od tej miski to ich siłą trzeba było odciągać. No ale spoko.
Potem skoczyłem na rehabilitację, a następnie miałem jechać po tort urodzinowy dla Agi. Spoko, z Ułanów pod Bagatelę autobusem 50 minut. Dobre nowe zmodernizowane Rondo Mogilskie miało rozładować korki, jego ćwiartkę przejeżdżaliśmy 25 minut. Nie żebym narzekał, w środku przynajmniej było sucho, ale w sumie na piechotę przeszedłbym to 2 razy szybciej. A potem trzeba było iść na te urodziny żeby zjeść co się przywiozło. Nie byłbym sobą jakbym czegoś głupiego nie zrobił. Tym razem zapomniałem prezentu, ale spoko.
Wczoraj byłem świadkiem podrywu na stacji benzynowej. Bohaterowie: jakiś przypakowany i wytatuowany małpolud, a obok niego tleniona piękność, reprezentantka inteligencji. Dialog był krótki, on do niej:
- Hy, hy, hy, patrz, nie wolno k***a palić. To jakbym se k***a zajarał to wszystko by wy****ło w p***u?
Ona do niego:
- Hi, hi, hi, nooo (i zerka na niego wzrokiem pełnym uwielbienia).
A dziś chciałem sobie sprawdzić jak to jest na tej śmiesznej katolickiej procesji. I nie jest fajnie. Z przodu babcia, z prawej babcia z różańcem, z lewej dziadek z babcią, z tyłu babcia z książeczką… Osaczony przez fanatyków. Szkoda, że nikt nie organizuje kontrmanifestacji.

Biszkopt

Ps. W następnej notce będzie kilka zdjęć, żeby kolorowo było. I pamiętajcie – oglądajcie Modę na Sukces. Tylko tam jest prawdziwa Prawda.


Szczęśliwi czasu nie liżą.

maj 14, 2008

Autentyczny cytat z W11: “To nie ja zabiłem Luizę. Ja jej nie zabiłem.”. Dobre dialogi w telewizji są na wagę złota, a ponoć milczenie też jest złotem. Jaki z tego morał…?
Tym oto wstępem wprawiłem Was w poważny nastrój i w ogóle, głeboko jest. W szkole na przerwach zamiast się uczyć (bo w domu nie ma przecież czasu na głupoty) to gramy w piłkę, wszyscy mają serdecznie dość lekcji, najczęstsze spory są o to, czy mówi się “pole” czy “dwór”. Zbliżają się wakacje.
Wczoraj od nauczycielki usłyszałem, że “ładne mam pantalony”. Ma się ten gust, co nie. Dzisiaj w tych pantalonach byłem w kościele na bierzmowaniu Ol, Radziów, Żurków itd. W całym kościele chyba nie było nikogo w spodniach w czerwoną kratę, oczywiście oprócz mnie. W sumie nudy były, coś się przeszliśmy, coś się posiedziało na schodach przed Świątynią Pana i jakoś półtorej godziny minęło. Nawet miałem do czynienia z lokalną ugorkową gangsterką, groźni są. Rośnie nam kolejne pokolenie polskich Fiftisętów i innych Nygagangstabiczłotsapmenmadafakajoł. Szkoda że odpuścili, jakbym dostał od nich baty pod kościołem to byłbym męczennikiem. Z okazji bierzmowania życzę wszystkim, żeby Słowo Boże prowadziło Was przez kręte i wyboiste ścieżki ludzkiego życia. I żeby na końcu tej ścieżki nie było czegoś lipnego, np. szaleju jadowitego.Co do religii – dziś dowiedzieliśmy się, że tylko nasza wiara jest Prawdą. Można było to powiedzieć na początku lekcji, przynajmniej nie podejmowalibyśmy próby merytorycznej dyskusji. A wczoraj mieliśmy skojarzyć Arystotelesa z baranem (jakoś tak sobie dojść od jednego do drugiego). Podobno na religii na każde pytanie trzeba odpowiadać Jezus i jest dobrze, tak było i tym razem. Siostrze najbardziej podobała się odpowiedź “Arystoteles -> stworzenie Boże -> baran”. Jeszcze tylko 1,5 miesiąca.
Jeszcze się chciałem pochwalić, że ze spr. z niemca miałem 44,75/45 pkt. Mogłbym mieć 6, ale uznałem, że i tak nie będę miał wystarczająco dużo punktów, żeby tą część na 6 (trzeba było dodatkowo wypracowanie napisać) mi ktoś sprawdził. Cały ja po prostu.

Biszkopt

Ps. W poprzedniej notce w interpretacji mojego sonetu jest błąd. Napisałem “paralelizm”, okazało się, że jest to anafora. Pozwolę sobie użyć kolokwializmu, jak to wy mówicie, mówiąc Waszym językiem, sięgając po wulgaryzm i w ogóle – sorry (to takie nawiązanie do nauczycieli, którzy po takich wstepach używają tak hardkorowych słów jak np. “olewać”).


UROCZYSTA PIŃDZIESIĄTA NOTKA!

maj 8, 2008

Elo, blog wraca do korzeni, do wszechogarniającej nudy i senności (senność i ogólne przymulenie jest w poezji nazywane oniryzmem).
Nie było wcześniej o czym pisać, a dodatkowo ostatnio cały czas przy kompie spędzam na graniu w Wiedźmina xD. W niedzielę byłem na meczu Wisły, fajny był. Siedem bramek w sumie padło, były i emocje, i ambitny doping, i w ogóle. Potem fajny powrót autobusem był, eskortowała nas policja (ta, grali se w karty na pleksiglasowej tarczy).
Ostatnio poczyniłem ciekawe obserwacje. Wszyscy się do mnie o wszystko przyczepiają, nikt mnie nie rozumie, jestem skłócony z otoczeniem, jestem samotny i nieszczęśliwie zakochany, gardzę motłochem, jestem skłonny do zemsty oraz uważam, że życie nie ma sensu, a ponadto protestuję przeciwko feudalnemu kształtowi państwa. Jednym słowem – jestem… bohaterem romantycznym (Myśleliście, że chodzi o emo? Wywiodłem Was w pole, ha!). Z tej też okazji postanowiłem napisać sonet. Podobno to jest trudne, więc wyjdzie mi jak wszystkie moje pozostałe wiersze i inne dzieła literackie, ale pierwsze sonety za kuwety, joł. Będzie to jubileuszowy sonet dla mojego bloga, w końcu pińdziesiąt wpisów to chyba fajnie.

Jest jedno takie miejsce, gdzieś w szponach Internetu
Jest jedno takie miejsce, na lewo od klozetu
Jest jedno takie miejsce, płacz i zgrzytanie zębów
Jest jedno takie miejsce, gdzie nie je się otrębów

Sprawcą tego wszystkiego jestem Ja
Uuu, ribi dibi, cza cza cza cza
Nie bocian, nie klamka, nie otręb zbożowy
Jam jest Biszkopt, i mój blog jest kolorowy

Ale po co to, na co to i komu?
Nie wiedzą tego chłopcy w Iraku
Choć chcieliby wrócić do domu

Pamiętajmy o Titanica wraku
I ten tego, ogólnie wiesz ziomuś
Cięty bądź i ruszaj do ataku

Jak widać, pierwsza zwrotka opisuje temat, druga odnosi go do podmiotu wiersza, a tercyny zawierają refleksję na jego temat, czyli tak jak każe Wikipedia. W pierwszej strofie paralelizm składniowy, ma na celu pokazać, jak schematyczny jest świat, w którym przyszło nam żyć. Jak sztywne są ramy schematów zachowań wpajanych nam od dziecka. Otręby symbolizują coś robionego tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia, np. chodzenie do kościoła. Czwarty wers można rozumieć tak, iż blog ten nie chodzi do kościoła, jest ateistą i odrzuca wszelkie wartości religijno-moralne, jest to jednak daleko idąca interpretacja. W drugiej strofie znajdują się onomatopeje, ich zadaniem jest wprowadzenie odbiorcy w pozytywny nastrój, podświadomie działa na zmysł wzroku i słuchu, bo wyobrażamy sobie śpiewającego bociana z jedną nogą w takiej skarpecie jakby, takiej rajstopie z wełny i trocin z dodatkiem poliuretanu. W trzeciej zwrotce nawiązanie do Iraku, przesłanie pacyfistyczne, potępienie pilnowania porządku za pomocą myśliwców i ostrej amunicji. W strofie ostatniej widzimy z kolei odwołanie do najsłynniejszego statku wszech czasów. Musimy pamiętać, że cała ta nasza marna cywilizacja powoli opada na dno. Albo i nie opada, ale pewnego dnia po prostu bez żadnego ostrzeżenia ********* się na sam dół. W drugim wersie kolokwializm, ma przedstawić podmiot liryczny jako osobę fajną i elo, bliską odbiorcy. Wiemy jednak, że to nieprawda, bo jestem wyalienowanym odludkiem który na śniadanie wsuwa jakieś ohydne korzonki i myje się wyciskając wodę z gałęzi. A na samym końcu apostrofa do czytelnika i pochwała ciętości, bo to moja ulubiona cecha, niemal tak ważna jak pokora.
Jestem wieszczem, pozdrawiam moją 4+ z polskiego.

Biszkopt